
Bum!
I to była ostatnia. Potem mijały kolejne dni, nie akcentowane nawet najmniejszą eksplozją. Miasto uspokoiło się z wolna, co było posunięciem bardzo nierozsądnym.
Kwestorowi nie przyszło do głowy, że koniec wybuchów wcale nie oznacza, iż przestali to robić, czymkolwiek to było. Oznacza po prostu, że zaczęli to robić jak należy.
* * *
Była północ. Przybój huczał o brzeg i fosforyzował wśród nocy. Wokół pradawnego wzgórza dźwięk wydawał się tak martwy, jakby dobiegał przez kilka warstw aksamitu.
Otwór w piasku stał się już całkiem spory.
Gdyby przyłożyć do niego ucho, można by odnieść wrażenie, że słychać stamtąd oklaski.
* * *
Wciąż była północ. Księżyc w pełni sunął ponad dymami i oparami Ankh-Morpork, wdzięczny za kilka tysięcy mil nieba, które dzieliły go od miasta.
Dom Gildii Alchemików był nowy. Zawsze był nowy. Został wybuchowo zdemolowany i odbudowany czterokrotnie w ciągu minionych dwóch lat, ostatnio bez sali wykładowo-prezentacyjnej — w nadziei że okaże się to rozsądnym posunięciem.
Tej nocy pewna liczba zakapturzonych postaci ukradkiem dostała się do wnętrza. Po kilku minutach światła w oknie na ostatnim piętrze pociemniały i zgasły.
No, prawie zgasły.
Coś się tam działo. Przez chwilę w oknie widoczne było dziwne migotanie, a zaraz potem zabrzmiały okrzyki radości.
Był też dźwięk. Tym razem nie wybuch, ale niezwykłe, mechaniczne mruczenie, jakby ktoś umieścił zadowolonego kota na dnie blaszanego bębna.
Brzmiało tak: klikaklikaklikaklika… klik. Trwało to kilka minut, na tle radosnego gwaru. A potem ktoś powiedział:
— To już wszystko, kochani.
* * *
— Co już wszystko? — zapytał następnego ranka Patrycjusz Ankh-Morpork.
Stojący przed nim człowiek drżał ze strachu.
