
— Nie wiem, wasza wysokość. Nie chcieli mnie wpuścić do środka. Kazali czekać pod drzwiami, wasza wysokość.
Nerwowo splatał palce. Spojrzenie Patrycjusza przebijało go na wylot. To było dobre spojrzenie; wśród innych miało i tę zaletę, że skłaniało ludzi do mówienia, chociaż wydawało im się, że już skończyli.
Tylko Patrycjusz wiedział, ilu ma w mieście szpiegów. Ten akurat był służącym w Gildii Alchemików. Miał kiedyś pecha i stanął przed Patrycjuszem, oskarżony o włóczęgostwo. Po czym z własnej i nieprzymuszonej woli zgodził się zostać szpiegiem
— To wszystko, wasza wysokość — zajęczał. — Tylko to dziwne klikanie i jakiś taki migotliwy blask pod drzwiami. I jeszcze, tego… powiedzieli, że światło słońca nie jest tu odpowiednie.
— Nie jest odpowiednie? To znaczy jakie?
— No… Nie wiem, wasza wysokość. Powiedzieli tylko, że nieodpowiednie. I że powinni pojechać gdzieś, gdzie jest lepsze. Ehm… A potem kazali mi iść i przynieść coś do jedzenia.
Patrycjusz ziewnął. W szaleństwach alchemików było coś nieopisanie nudnego.
— Doprawdy — mruknął.
— Ale jedli kolację ledwie piętnaście minut wcześniej — wyrzucił z siebie służący.
— Może to, co robili, wzmaga apetyt.
— Tak, tylko kuchnia była już zamknięta na noc, więc musiałem wyjść i kupić tacę kiełbasek w bułkach od Gardła Dibblera.
— Doprawdy… — Patrycjusz spojrzał na papiery, czekające na jego biurku. — Dziękuję ci. Możesz iść.
— I wie wasza wysokość? Smakowały im. Naprawdę im smakowały!
* * *
To, że alchemicy w ogóle mieli swoją gildię, było zadziwiające. Magowie są tak samo niechętni wszelkiej współpracy, ale też z natury skłonni do hierarchizacji i współzawodnictwa. Potrzebują organizacji. Co komu przyjdzie z bycia magiem Siódmego Stopnia, jeśli nie ma sześciu niższych stopni do spoglądania na nie z góry i Ósmego Stopnia, do którego się dąży? Inni magowie są niezbędni, by ich nienawidzić i nimi pogardzać.
