
Nic prócz piasku nie zmieniło się tu od setek lat.
Aż do dzisiaj.
Prymitywna chata z wyrzuconego przez morze drewna została zbudowana na długim łuku plaży… Chociaż określenie „zbudowana” to obraza dla wszystkich w historii budowniczych prymitywnych chat z wyrzuconego przez morze drewna. Gdyby morze zwyczajnie zostawiało drewno na stosie, pewnie uzyskałoby lepszy wynik.
W tej chacie umarł właśnie pewien starzec.
— Oj — powiedział.
Otworzył oczy i rozejrzał się po izbie. Od jakichś dziesięciu lat nie widział jej zbyt wyraźnie.
Potem zsunął jeśli nawet nie nogi, to wspomnienie nóg z legowiska z morskiego wrzosu i wstał. Następnie wyszedł na zewnątrz, w krystalicznie czysty poranek. Z zaciekawieniem spostrzegł, że choć jest martwy, nadal ma na sobie widmowy obraz ceremonialnej szaty — poplamionej i wytartej, to prawda, jednak wciąż można było poznać, że kiedyś uszyto ją z czerwonego pluszu ze złotymi lamówkami. Ubranie umiera chyba razem z człowiekiem, a może człowiek ubiera się w myślach, ze zwykłego przyzwyczajenia.
Przyzwyczajenie doprowadziło go też do stosu drewna przy chacie. Kiedy jednak spróbował podnieść jakieś polano, dłoń przeniknęła przez nie na wskroś.
Zaklął.
Wtedy dopiero zauważył jakąś spoglądającą w morze postać na granicy fali. Opierała się na kosie. Wiatr szarpał jej czarną szatę.
Ruszył ku niej utykając, przypomniał sobie, że nie żyje, i pomaszerował sprężystym krokiem. Nie chodził tak już od dziesięcioleci; zdumiewające, jak szybko wracają takie rzeczy.
Był w połowie drogi, gdy postać się odezwała.
DECCAN RIBOBE.
— To ja.
OSTATNI STRAŻNIK WRÓT.
— No, chyba tak.
Śmierć zawahał się.
JESTEŚ NIM CZY NIE? spytał.
