
Deccan poskrobał się po nosie. To jasne, pomyślał; trzeba nadal móc siebie dotykać. Inaczej człowiek rozpadłby się na kawałki.
— Formalnie rzecz biorąc, Strażnik musi być wyznaczony przez Najwyższą Kapłankę — wyjaśnił. — A Najwyższych Kapłanek nie ma już od tysięcy lat. Widzisz, nauczyłem się wszystkiego od starego Tento, który tu mieszkał przede mną. Pewnego dnia zawołał mnie i mówi: „Deccan, wygląda na to, że umieram, więc teraz wszystko spada na ciebie, bo jeśli nie zostanie tu nikt, kto należycie pamięta, wszystko zacznie się od początku, a wiesz, co to oznacza”. No i w porządku… Ale trudno to nazwać oficjalnym naznaczeniem, ot co.
Obejrzał się na piaszczyste wzgórze.
— Żyliśmy tu tylko on i ja — westchnął. — Potem już tylko ja, który pamiętałem Holy Wood. A teraz… Podniósł dłoń do ust.
— O rany…
TAK, powiedział Śmierć.
Błędem byłoby stwierdzenie, że po twarzy Deccana Ribobe przemknął wyraz paniki, ponieważ w tej chwili jego twarz znajdowała się o kilka sążni od niego i ozdabiał ją rodzaj zastygłego uśmiechu, jakby Deccan wreszcie zrozumiał dowcip. Ale jego duch wyraźnie się zmartwił.
— Widzisz, bo to jest tak — zaczął pospiesznie. — Nikt tu nie przychodzi, tylko rybacy z sąsiedniej zatoki, ale oni zostawiają ryby i uciekają, a to z powodu zabobonów. No a przecież nie mogłem iść i szukać sobie ucznia, bo musiałem podtrzymywać ogień i wznosić modły…
TAK.
— …To straszna odpowiedzialność, kiedy jest się jedynym, który potrafi wykonywać jakąś pracę…
TAK! zgodził się Śmierć.
— Oczywiście, tobie nie muszę tłumaczyć…
NIE.
— …I wiesz, miałem nadzieję, że znajdzie się jakiś rozbitek albo ktoś przyjdzie tu szukać skarbów, a ja mu wszystko wytłumaczę, jak kiedyś stary Tento mnie, nauczę pieśni… No, jakoś to pozałatwiam, zanim umrę…
TAK?
— Pewnie nie ma możliwości, żebym tak jakby…
