
— Istotnie, chciałem się z panem zobaczyć w sprawie jednego z naszych studentów, mistrzu — oznajmił lodowatym tonem.
— Studentów? — warknął nadrektor.
— Tak, mistrzu. Kojarzy pan? Ci chudzi, z bladymi twarzami? Ponieważ to jest uniwersytet. Należą do zestawu, jak szczury…
— Zdawało mi się, że mamy ludzi, którzy powinni się nimi zajmować.
— Wykładowców. Tak. Ale czasami… A może, nadrektorze, zechce pan zerknąć na wyniki egzaminów…
* * *
Nastała północ — nie ta sama północ co poprzednio, ale bardzo podobna. Stary Tom, pozbawiony serca dzwon na uniwersyteckiej dzwonnicy, wybił właśnie dwanaście dźwięcznych chwil ciszy.
Deszczowe chmury wycisnęły z siebie nad miastem ostatnie krople. Ankh-Morpork leżało pod kilkoma wilgotnymi gwiazdami, realne jak cegła.
Myślak Stibbons, student magii, odłożył książkę i przetarł dłońmi twarz.
— No dobra — powiedział. — Zapytaj mnie o coś. No… O cokolwiek.
Victor Tugelbend, student magii, sięgnął po swój pomięty egzemplarz Necrotelicomniconu — omówienie dla studentów, z ćwiczeniami praktycznymi i przerzucił kilka stron. Leżał na łóżku Myślaka. Przynajmniej leżały tam jego łopatki; reszta ciała wyciągała się w górę po ścianie. To absolutnie normalna pozycja dla studenta zażywającego relaksu.
— Dobra — powiedział. — Gotów? Dobra. Jak brzmi imię pozawymiarowego monstrum, którego okrzyk to „Tycotycotyco”?
— Yob Soddoth — odparł natychmiast Myślak.
— Zgadza się. W jaki sposób Tshup Aklathep, Piekielna Gwiezdna Ropucha z Milionem Młodych, zadręcza swoje ofiary na śmierć?
— Ona… Czekaj, nie mów… Trzyma je i pokazuje portrety swoich dzieci, aż im mózgi eksplodują.
— Tak. Osobiście zawsze się zastanawiałem, jak to się dzieje. — Victor przerzucił kolejne strony. — Myślę, że kiedy już tysięczny raz powiesz „Rzeczywiście, oczy ma całkiem jak twoje”, zaczynasz marzyć o samobójstwie.
