
— W formie? Dziekan wygląda, jakby połknął łóżko!
— Ależ mistrzu… — Kwestor uśmiechnął się pobłażliwie. — Określenie „w dobrej formie”, jak je rozumiem, oznacza „w formie odpowiedniej dla funkcji”. I trzeba przyznać, że ciało dziekana idealnie nadaje się do funkcji siedzenia przez cały dzień i zjadania obfitych posiłków. — Znowu pozwolił sobie na lekki uśmieszek.
Nadrektor rzucił mu spojrzenie tak staroświeckie, że mogłoby należeć do amonitu.
— To ma być żart? — spytał tonem kogoś, kto nie potrafiłby zrozumieć terminu „poczucie humoru”, choćby człowiek tłumaczył mu przez godzinę i pokazywał wykresy.
— To tylko moje spostrzeżenie, mistrzu — odparł ostrożnie kwestor.
Nadrektor pokręcił głową.
— Nie znoszę żartów. Nie znoszę facetów, którzy włóczą się i próbują cały czas być zabawni. To się bierze ze spędzania czasu w zamkniętych pomieszczeniach. Parę przebieżek po dwadzieścia mil i dziekan stałby się innym człowiekiem.
— To prawda — przyznał kwestor. — Martwym.
— Byłby zdrowszy.
— Owszem, ale jednak martwy.
Nadrektor z irytacją zaczął przekładać na biurku papiery.
— Gnuśność — mruczał pod nosem. — Za często się ją tu spotyka. Cały Uniwersytet jest leniwy. Ludzie albo śpią cały dzień, albo się zmieniają w jakieś małpiatki. Kiedy ja byłem studentem, nikt nawet nie myślał, żeby zostać małpiatką.
Z irytacją podniósł głowę.
— Czego ode mnie chciałeś? — burknął.
— Słucham? — odparł zaskoczony kwestor.
— Chciałeś, żebym coś zrobił, prawda? Przyszedłeś prosić, żebym się czymś zajął. Pewnie dlatego że jestem tu jedyny, który nie śpi mocno ani nie siedzi na drzewie i nie wyje każdego ranka.
— Hm… Wydaje mi się, że myśli pan o pawianach, nadrektorze.
— Co? Co? Mówże z sensem, człowieku!
Kwestor wziął się w garść. Nie rozumiał, dlaczego tak się go traktuje.
