
W tamtym okresie Bill doświadczał nieustannych rozterek, rozdarty pomiędzy pragnieniem spędzania czasu z rodziną a chęcią pilnowania serialu. Musiał wiedzieć, że wszystko idzie tak, jak powinno, że nie zaangażowano niewłaściwego scenarzysty czy reżysera. Każdemu przyglądał się podejrzliwie i w końcu udało mu się zdobyć całkowitą kontrolę. Nikt inny bowiem nie rozumiał jego serialu – jego dziecka. W trakcie emisji chodził po planie niczym zdenerwowana kwoka, zadręczając się po cichu ewentualną klęską. Nie zrezygnował z pisania scenariuszy, większość czasu spędzał w telewizji, do wszystkiego się wtrącał. Po roku przestał udawać, że kiedykolwiek wróci na Broadway – utknął na dobre w telewizji, zakochany w niej i swym serialu do szaleństwa. Poniechał usprawiedliwiania się przed awangardowymi przyjaciółmi i otwarcie przyznawał, że lubi swoją pracę. Któregoś wieczoru powiedział Leslie, że nie ma mowy, by kiedykolwiek z niej zrezygnował. Dzień spędzał przy maszynie do pisania, wymyślając nowe wątki, powołując do życia nowe charaktery i szkicując przebieg akcji na kolejny sezon.
Nie potrafił porzucić swych bohaterów i aktorów, zawiłości intrygi oraz lawiny dramatów, nieszczęść i problemów. Uwielbiał to. Serial nadawano pięć razy w tygodniu na żywo. Dla Billa był jak powietrze, woda i jedzenie. Zjawiał się na planie nawet wtedy, gdy nie musiał. Kolejne odcinki pisali scenarzyści, lecz Bill nie spuszczał ich z oka. Wiedział, co robi. Ludzie z branży jednomyślnie przyznawali: był dobry, a nawet więcej niż dobry. Był rewelacyjny. Nie mylił się w ocenie gustów widzów, wiedział, co dla nich jest ważne, które postaci staną się ich ulubieńcami, a które z lubością będą nienawidzili.
