Kiedy w dwa lata później urodził się jego drugi syn, Tommy, „Życie, które warto przeżyć” miało już na koncie dwie nagrody krytyków i jedną Emmy. Wtedy właśnie kierownictwo sieci zaproponowało, by akcję serialu przenieść do Kalifornii, co by ułatwiło zarówno dalszy jej rozwój, jak i uprościło sprawy produkcyjne. Poza tym według nich serial „duchem tam należał”. Dla Billa była to dobra wiadomość, dla Leslie, jego żony, wręcz przeciwnie. Leslie zamierzała wrócić do pracy, i to nie jako jedna z wielu tancerek na Broadwayu. Przez dwa i pół roku patrzyła na Billa opanowanego obsesją na punkcie serialu i miała już dość. Podczas gdy on dzień i noc pisał o kazirodztwie, ciężarnych nastolatkach i romansach pozamałżeńskich, ona wróciła do swego zawodu i teraz miała zamiar uczyć baletu w szkole Juilliarda.

– Co takiego? – Znad niedzielnego śniadania Bill ze zdumieniem wpatrywał się w żonę. Przecież dobrze im się powodziło, mieli udane dzieci, zarabiał masę pieniędzy i o ile wiedział, wszystko szło dobrze. Aż do tego poranka.

– Nie mogę, Bill. Nie jadę. – Leslie patrzyła na niego spokojnie piwnymi oczami, równie łagodnymi i dziecięcymi jak wówczas, gdy się poznali. Po raz pierwszy zobaczył ją przed teatrem, w ręku trzymała torbę ze strojem do tańca. Miała dwadzieścia lat, pochodziła z północnej części stanu Nowy Jork. Zawsze była uczciwą, miłą i bezpretensjonalną, łagodną istotą o wyrazistych oczach i dyskretnym swoistym poczuciu humoru. W pierwszym okresie znajomości często się śmiali, do późnej nocy rozmawiali w ponurym i zimnym mieszkaniu, które wynajmowali, dopóki Bill nie kupił pięknego strychu w SoHo. Specjalnie dla niej urządził w nim pokój do tańca, by mogła ćwiczyć w domu i nie musiała chodzić do sali baletowej. A teraz Leslie nagle oświadcza, że wszystko się skończyło.



5 из 291