
– Ale dzieci my wychowujemy! – wrzasnęła zdenerwowana Lalka. – A rodziców nie!
– I dlatego odczepmy się od odpowiedzialności za nich. Dajmy im tyle, ile zdołamy, dajmy im wszystko, z wyjątkiem nas samych. Jeśli chcą nas zeżreć, trudno, musimy uciekać, tak jak dzikie lwie szczenię przed głodną mamusią. Albo tatusiem. A jeśli już ci się uda upolować antylopę, proszę bardzo, przywlecz ją mamusi, niech sobie zeżre. Antylopę, nie ciebie. Przeciwko sobie mówię, bo lubię antylopy. Ale mamusia, tatuś, to jedno, a obcy człowiek to drugie, obcy człowiek ani cię nie urodził, ani nie wychował, ani nie wykarmił, ani nie kocha. I ty jego też nie musisz. Jednak próbuje żerować na tobie, jakie tam próbuje, żeruje! Ty wymyśliłaś, a on zeżarł. Jeśli mu zaszkodzi, to sama przyjemność, ale, niestety, nie zawsze szkodzi.
– Wyraźnie widzę, że masz konkret na myśli – zainteresowała się Lalka, nagle uspokojona i opanowana. – Dobra, przyjęłam to rodzinne i postanowiłam się z tobą zgodzić, ulżyło mi na sumieniu. Co z tymi obcymi ludźmi? Gdzie sedno?
– W Ewie Marsz.
Teraz Lalka czekała na dalszy ciąg, patrząc na mnie pytająco, z kieliszkiem wina przy ustach. Spróbowałam uporządkować myśli i dokonać jakiegoś skrótu, bo było tego strasznie dużo.
– Ewa Marsz stanowi symbol i kwintesencję, nie tkwi w tym sama, tłok dookoła niej jak w tramwaju w godzinach szczytu. To ona napisała książkę, nie? Wymyśliła ją, wyjęła ją z siebie, miała jakąś myśl, przekazała jakiś obraz. W każdym razie z całą pewnością chciała przekazać. W jej myśl wessał się pasożyt w postaci buca niedomytego, reżysera, wycmoktał ją, wyćlamał, doprawił ulubionymi przyprawami, zapchał się, nic nie zrozumiał, przetrawił wszystko niedokładnie i wysrał.
