
Lalka się nagle ocknęła.
– O rany boskie, ostatnia chwila, ten kwadrans mi się kończy! Lecę. O samotności, którą też potępiasz, pogadamy następnym razem. Zostawić ci jakieś pieniądze?
– Puknij się. Jeszcze mnie stać na butelkę wina. Poleciała. Zostałam nad ostatnim kieliszkiem z myślą o Ewie Marsz.
Przed północą zdążyłam jeszcze zadzwonić do Lalki na komórkę.
– Słuchaj, bardzo cię przepraszam, przypomniałam sobie. One są pierścienice, te pijawki, a nie płazińce. Ale z punktu widzenia obrzydliwości płazińce mi bardziej pasują, więc nie musisz w umyśle korygować…
* * *
Ilekroć ostatnimi laty wracałam z dłuższego wojażu, natychmiast nadziewałam się na wydarzenia dość mocno wstrząsające, rozmaitego gatunku. Czekały już na mnie informacje, od których włos się na głowie jeżył, ręce opadały, a pod ciemieniem ruszała karuzela. Albo odwrotnie, pojawiała się próżnia kosmiczna, z której należało wydłubać błyskawiczne decyzje.
A swoją drogą ciekawe, czy z próżni kosmicznej można w ogóle cokolwiek wydłubać…?
Tym razem radosna wieść dopadła mnie, zanim jeszcze zdążyłam dotrzeć do własnej bramy.
Ze cztery kilometry mi brakowało i musiałam zjechać z udającej autostradę ulicy, bo zasłyszane informacje okazały się zbyt sensacyjne, żeby potraktować je lekceważąco. Z komórką przy uchu zatrzymałam się na jakimś podjeździe do cudzego domu.
– Niech pan to powie jeszcze raz, panie Tadeuszu – poprosiłam mojego agenta. – Ta parcela przy Kabatach…?
– Właśnie ta, przy której pani się…
– Awanturowała – podsunęłam niecierpliwie, bo pan Tadeusz najwyraźniej szukał jakiegoś eleganckiego słowa.
– Awanturowała, powiedzmy. Jest, to znaczy będzie, do sprzedania, to znaczy do kupienia i jeśli pani rzeczywiście ją chce, trzeba natychmiast zastrzec prawo pierwokupu i zadatkować. Nie mogłem wcześniej zadzwonić, to wyskoczyło w ostatniej chwili, myślałem, że pani już jest…
