
Swój pierwszy wypadek musiałem właśnie relacjonować przez telefon jednej z tych piekielnych dziewczyn. Była to sprawa młodego człowieka, który po powrocie z wojska dostał pracę windziarza i obsługiwał staromodną windę w jakimś biurowcu. Na parterze drzwi windy stanowiła żelazna ozdobna krata, przeplatana gałązkami żelaznego bluszczu. Na żelaznej gałązce siedziały dwa żelazne gołąbki.
Były żołnierz postanowił zjechać windą do piwnicy, wszedł więc do kabiny i ruszył w dół, ale zaczepił obrączką ślubną o kratę. Tak więc zawisł w powietrzu, podłoga windy uciekła mu spod stóp, a sufit zmiażdżył go. Zdarza się.
Zatelefonowałem o wypadku i kobieta, która miała zrobić z tego notatkę, spytała:
— A co na to jego żona?
— Ona jeszcze o niczym nie wie — powiedziałem. — To się zdarzyło przed chwilą.
— Zadzwoń do niej. Musimy mieć jej słowa.
— Co?
— Powiedz, że jesteś kapitan Finn z policji. Powiedz, że masz dla niej smutną nowinę. Przekaż wiadomość i zapamiętaj jej słowa.
Zrobiłem tak, jak mi kazała. Żona powiedziała to, czego można było oczekiwać. Że mają małe dziecko, i tak dalej.
Kiedy wróciłem do biura, ta kobieta spytała mnie, już z własnej ciekawości, jak wyglądał ten zmiażdżony facet, kiedy go zmiażdżyło.
Opowiedziałem jej.
— Czy to cię ruszyło? — spytała. Jadła właśnie czekoladowy batonik.
— Nie, Nancy — odpowiedziałem. — Na wojnie widziałem dużo gorsze rzeczy.
* * *
Nawet wtedy pisałem już rzekomo książkę o Dreźnie. W Ameryce niewiele wiedziano o tym nalocie. Mało kto zdawał sobie sprawę, że było to dużo gorsze niż na przykład Hiroszima. Ja też tego nie wiedziałem. Sprawie nie nadawano rozgłosu.
Kiedyś zdarzyło mi się opowiedzieć na przyjęciu pewnemu profesorowi z Uniwersytetu Chicagowskiego o nalocie, tak jak go widziałem, i o książce, którą chcę napisać. Profesor, który należał do czegoś, co nazywało się Komitetem Myśli Społecznej, opowiedział mi wówczas o obozach koncentracyjnych i o tym, jak Niemcy robili mydło i świece z tłuszczu pomordowanych Żydów i tak dalej.
