
Mogłem tylko powiedzieć:
— Wiem, wiem.
* * *
Po drugiej wojnie światowej ludzie niewątpliwie stali się bardzo surowi. Ja zaś zacząłem pracować w dziale reklamy firmy General Electric w Schenectady, stan Nowy Jork, i wstąpiłem do ochotniczej straży pożarnej w osadzie Alplaus, gdzie kupiłem swój pierwszy domek. Mam nadzieję, że nie spotkam nigdy surowszego człowieka niż mój ówczesny szef. Był podpułkownikiem reklamy w Baltimore. Kiedy pracowałem w Schenectady, wstąpił do Holenderskiego Kościoła Zreformowanego, który jest naprawdę bardzo surowym kościołem.
Od czasu do czasu zapytywał mnie szyderczo, dlaczego nie byłem oficerem, jakbym zrobił coś złego.
Oboje z żoną straciliśmy swoją podściółkę tłuszczową. Były to dla nas lata chude. Przyjaźniliśmy się z całą masą chudych byłych żołnierzy i z ich chudymi żonami. Najsympatyczniejszymi weteranami w Schenectady, najlepszymi i najweselszymi, i najbardziej nienawidzącymi wojny byli ci, którzy rzeczywiście powąchali prochu.
Napisałem wówczas do Wojsk Lotniczych z prośbą o bliższe informacje na temat nalotu na Drezno: kto wydał rozkaz, ile samolotów brało w nim udział, dlaczego to zrobiono, co to dało i tak dalej. Odpowiedział mi ktoś, kto podobnie jak ja pracował w dziale łączności ze społeczeństwem. Odpowiedział, że niestety informacje na ten temat są nadal otoczone tajemnicą wojskową.
Przeczytałem ten list na głos żonie i powiedziałem:
— Tajemnica? Na Boga — przed kim? Byliśmy wtedy Federalistami Zjednoczonego Świata. Nie wiem, kim jesteśmy teraz. Chyba telefoniarzami, bo bardzo dużo telefonujemy po nocach, w każdym razie ja.
* * *
W parę tygodni po rozmowie telefonicznej z moim starym frontowym towarzyszem Bernardem V. O’Hare rzeczywiście pojechałem do niego z wizytą. Musiało to być w roku 1964 albo coś koło tego — wiem, że był to ostatni rok Wystawy Światowej w Nowym Jorku. Eheu! jugaces labuntur anni. Nasyfam się Yon Yonson. Pewien młody człowiek rodem z Ankary.
