
– To znaczy?
– Rzeźnika drzew.
– Już drugi raz słyszę to określenie.
Ojciec Zygfryd sięgnął na regał i wyciągnął opasły rękopis oprawiony w skórę.
Tak jak wśród ludzi bywają występni, tak i wśród drzew bywają drzewa łotrowskie, które śmierć niosą, osobliwie tym, którzy istnienia ich się domyśla lub przeciw nim wystąpią. Rada na nie jedyna to odnaleźć i nająć człowieka zwanego rzeźnikiem drzew. On jeden w ich niszczeniu wprawiony. Jednakowoż odnaleźć go niełatwo, gdyż nieliczni są i sekrety swego fachu kryją przed postronnymi – odczytał.
– Nigdy nawet o tym nie słyszałem.
– A gdzie niby miałbyś słyszeć. – Staruszek zaśmiał się. – W seminarium tego nie uczą. Nawet na kursach egzorcystów już się o tym nie mówi.
– W takim razie jak zdołam go odnaleźć? – Rozłożył ręce.
– Tu jest adres. – Stary zakonnik wręczył mu kartkę. – Sprzed czterdziestu lat wprawdzie, ale może jeszcze aktualny. Poszedłbym z tobą, lecz… – Klepnął bezwładne nogi. – Zostaniesz na kolacji?
***
Ksiądz wyskoczył z ostatniego tramwaju na przystanku pod murem nekropolii. Spojrzał na zegarek, potem oświetlił rozkład jazdy. Zasiedział się u starego zakonnika, autobusu już o tej porze nie złapie. Trzeba pójść pieszo.
Drzewa za cmentarnym murem szumiały. A gdyby tak? Miał przecież klucz od bramy. Zamiast iść naokoło, skróci sobie drogę przez cmentarz… Przez chwilę męczył się z opornym zamkiem i wreszcie zatrzasnął za sobą ciężkie wrota.
Prosto jak strzelił i gdy dojdę do starej części, to w lewo, powtórzył w myślach. Zabłądzić nie sposób.
Ruszył śmiało. Drzewa szumiały niepokojąco. Spodziewał się kompletnego mroku, ale gdzieniegdzie na grobach płonęły znicze. Początkowo czuł dziwne dreszcze, lecz szybko się uspokoił. Spacer jak spacer. Ścieżki równe, nawet się człowiek nie potknie w mroku. A że nieboszczycy w grobach leżą? Cóż, ciało to tylko powłoka… Duchy potępione? Nie powinny ruszyć na duchownego.
