A jakby co… – dotknął brewiarza w kieszeni sutanny.

Złowróżbne drzewo rośnie daleko, minie je w odległości dobrych kilkuset metrów.

Żebym tylko nie trafił na jakieś hieny cmentarne, pomyślał nagle. Mogliby mi zrobić krzywdę tylko dlatego, że ich zobaczyłem.

Wiatr wzmagał się, drzewa trzeszczały złowieszczo. Mijał właśnie kaplicę, gdy usłyszał za sobą dziwny dźwięk. Coś jakby…

Ktoś odbezpieczył broń! – uświadomił sobie, zamierając w pół kroku.

– Khm! – rozległo się znaczące chrząknięcie.

Duchowny odwrócił się na pięcie. W cieniu stał dziwny typek w kowbojskim kapeluszu i długim skórzanym płaszczu. W jednej ręce trzymał kuszę, w drugiej obrzyna o imponującym kalibrze. Miał ciemne okulary, światło zniczy odbijało się w szkłach, reszty twarzy można się było co najwyżej domyślać.

– A, to nasz nowy kierownik – mruknął jakby zawiedziony i opuścił broń. – Przepraszam i nie zatrzymuję…

– Kim pan jest? – wykrztusił ksiądz Antoni.

– Ori mnie wołają. – Uchylił kapelusza.

– Ale co pan tu robi?

– Poluję na zombiaki, a co, nie widać? – zdziwił się nieznajomy. – Inne tałatajstwo, jak wlezie pod lufę, też dziabnę.

– Ale… Jak pan…

– Widzę martwych ludzi? Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że są martwi. Zupełnie jak w jednym hollywoodzkim filmidle – roześmiał się. – Prawdziwy problem jest z tymi, którzy świetnie wiedzą, a mimo to nie potrafią uleżeć spokojnie. Szczęść Boże, lepiej, żeby się ksiądz nie snuł o tej porze po cmentarzu.

Duchowny przyspieszył kroku.

– Panie Boże, wariat jakiś – mruknął. – Mam nadzieję, że mi w plecy nie strzeli…

Zza drzew błyskały już latarnie stojące przy ulicy. Po prawej pojawiła się tynkowana na biało bryła kościoła.


***

Proboszcz zaparkował przed małym domkiem na przedmieściach. Chałupka wyglądała nędznie. Zbudowano ją z szarych pustaków. W ogródku zarośnięty typek około pięćdziesiątki rąbał drwa. Ksiądz jednym rzutem oka ocenił jego sylwetkę. Postura atlety. Z drewnem też radził sobie nieźle, ogromna siekiera chodziła w jego rękach jak zaczarowana.



13 из 326