
– Ale istnieją. Jeśli to, co zanotował mój pradziadek, jest prawdą, musimy pomóc. Choćby dlatego, że oni kiedyś pomogli jednemu z nas. Strażnicy Perłowego Zwierzyńca nie mogą zawieść…
– Jeśli nie poradzisz sobie z tym zadaniem, nikt nie będzie cię winił.
***
Doktor Gazdowski z trudem uchylił sklejone ropą powieki. Zwlókł się z łóżka. Kac dręczył go straszliwie… Przeglądając się w lustrze, miał ochotę dać sobie w pysk. Z kostropatej tafli patrzył na niego jakiś rozczochrany, zapuchnięty menel po pięćdziesiątce. A on przecież miał dopiero trzydzieści dwa lata… Przez dziesięć minut stał pod zimnym prysznicem, by zrzucić z siebie choć jedną dekadę. Ubrał się, zakładając świeżą koszulę. Poczłapał do kuchni. Łyknął dwie aspiryny. Ból rozsadzający głowę trochę osłabł. Kawa? Puszka z „Inką” była prawie pusta.
A gdyby tak iść do Peweksu, pomyślał. Kupić paczkę prawdziwej… Raz w życiu zaszaleć. Zaprosić krawcową Irenkę…
Miał jeszcze zachomikowane siedem dolarów. Spojrzał na regał zastawiony książkami. Czarne chińskie znaki na grzbietach drwiły sobie z niego.
Wygrzebał z szafki paczkę sucharów. Teraz dopiero spojrzał na zegarek. Dochodziła ósma. Do mięsnego nie ma już po co iść. O tej porze nie dostanie nawet mortadeli. Westchnął ciężko. Trzeba pozbierać się do kupy i spróbować jakoś przetrwać ten dzień…
Dzwonek do drzwi przeszył jego obolałą głowę jak rozpalony pręt wetknięty w ucho.
Przyszli po mnie, pomyślał, czując zimny pot na karku.
Rzucił okiem przez judasza. Zobaczywszy listonosza, odetchnął z ulgą i uchylił drzwi.
– Pan Gazdowski? Telegram do pana. Poproszę dowód osobisty…
Doktor wpuścił doręczyciela do przedpokoju, odszukał dokument. Pokwitował w odpowiedniej rubryce. Gdy za pracownikiem poczty zamknęły się drzwi, rozerwał blankiet. Przeleciał wzrokiem wystukany na maszynie tekst komunikatu.
STAWIĆ SIĘ W DNIU DORĘCZENIA GODZINA DWUNASTA
