– Widać z grubych nieboszczyków soki ciągnęło – zażartował ponuro jego zwierzchnik. – Trzeba ogolić z konarów, zanim położymy. I uważać, gdzie gałęzie będziemy rzucać, bo gęsto tu… – Popatrzył na liczne grobowce otaczające pień. – Roboty w… – zmełł przekleństwo. – Bez wysięgnika nie damy rady.

– Na ciężki sprzęt za wąsko. – Brygadzista Robert pokręcił głową. – Nie wjedzie tu ciężarówką. Trza się po drabinie wspinać i ciąć ręcznie… Diabli nadali.

Odpalił piłę łańcuchową i stanąwszy na czyimś grobie, zabrał się do najniższego uschniętego konara.

Gałąź grubości uda dorosłego mężczyzny poddała się szybko. Doszedł prawie do połowy, gdy zęby trafiły na coś twardego.

– Karwia, co jest, żelazem nabite? – Przydusił mocniej. Drewno poddało się. Edek złapał koniec bosakiem i nagiął, po czym jednym ruchem ściągnął tak, by konar upadł na ścieżkę.

– Próchno totalne – sarkał Robert, wyłączając piłę. – Dawno powinno iść do wycięcia… No, co jest?

Jego pomocnik oglądał miejsce cięcia.

– Zobacz, jakie dziwne – powiedział. – Czarne w środku.

– Zwykły zgnilec. – Wzruszył ramionami. – Czasem szlag trafia od zewnątrz, czasem od środka…

– Nie, to twarde jest. Czarne i twarde, jakby w środku kilka słojów skamieniało.

Brygadzista pochylił się, poskrobał ciemną plamę.

– Sam nie wiem – mruknął. – Co ja, leśnik jestem, żeby wiedzieć, od czego drzewo usycha? – zirytował się. – Skoczysz na bazę, podjedziesz furgonetką, weź obie drabiny i bierzemy się za to!

– No to idę.

Edek dźwignął się ciężko i po chwili znikł między nagrobkami.

– Nie dość, że twarde, to jeszcze mi piłę upaćkało – sarkał Robert, oglądając zęby narzędzia powalane czymś podobnym do lepiku.

Usiadł ciężko na kamiennej płycie. Jesienne słońce przyjemnie grzało, czuł narastające rozleniwienie. Pomocnik wróci najwcześniej za pół godziny… Nieoczekiwanie poczuł w nozdrzach zapach dymu. Coś się pali?



4 из 326