
Wyciągnął gazety. Kiosk w hotelu sprzedawał także polskie czasopisma! Obok francuskich, amerykańskich, angielskich i włoskich. „Wyborcza" dostępna codziennie jak „Paris Soir" w hotelowym kiosku w centrum Berlina jest tysiąc razy ważniejsza niż te wszystkie deklaracje o „gotowości Polski do wejścia do Europy".
W pewnym momencie nie mógł się powstrzymać. Podniósł głowę znad gazety i zaczął się jej przyglądać. Oprócz szminki na wargach nie miała żadnego makijażu. Czytała, co rusz dotykając palcami ucha. Jej dłonie były fascynujące. Gdy odwracała strony książki, wydawało się, że muska je tylko długimi palcami.
Podniosła głowę i uśmiechnęła się do niego. Tym razem nie zawstydził się. Odpowiedział uśmiechem.
Nie miał ochoty więcej czytać. Podłączył telefon do komputera i uruchomił program poczty elektronicznej. Powoli przebrnął przez całą procedurę identyfikacji. Modem w telefonie komórkowym jest chyba najwolniejszym modemem, jaki istnieje. Często zastanawiał się, dlaczego. Sprawdzi to, gdy tylko wróci do Monachium.
W jego skrzynce pocztowej w komputerze instytutu w Monachium był tylko jeden e-mail. W adresie była nazwa domeny jakiegoś banku w Anglii.
Znowu jakaś reklamówka – pomyślał.
Chciał ją od razu usunąć, ale jego uwagę zwróciła pierwsza część adresu: Jennifer@. W jego wspomnieniach to imię brzmiało jak muzyka. Postanowił przeczytać.
Camberley, Surrey, Anglia, 29 kwietnia
Ty jesteś J.L., prawda???!!!
Tak wynika z Twojej strony internetowej. Spędziłam na niej całe dzisiejsze przedpołudnie w swoim biurze w banku. Zamiast wejść na stronę giełdy londyńskiej i pracować, za co mi tu nawet nieźle płacą, czytałam słowo po słowie na Twojej stronie. Potem wzięłam taksówkę i pojechałam do księgarni w centrum Camberley, aby kupić słownik polsko-angielski. Wzięłam największy, jaki mieli. Chciałam zrozumieć również te fragmenty, które opublikowałeś na tej stronie po polsku. Nie zrozumiałam wszystkiego, ale zrozumiałam klimat. Taki klimat umiał robić tylko L.J., więc to pewnie jednak Ty.
