
Po pracy poszłam do mojego ulubionego baru „Club 54" w pobliżu dworca i się upiłam. Jestem na głodówce od 4 dni, dwa razy do roku bowiem „oczyszczam się", głodując przez tydzień. Wiesz, że gdy przetrwasz pierwsze 3 dni absolutnej głodówki, to wpadasz w stan swoistego transu? Twój organizm nie musi nic trawić. Dopiero wówczas zauważasz, z czego okrada cię proces trawienia. Masz nagle tak dużo energii. Żyjesz jak na rauszu. Jesteś kreatywny, podniecony, masz niesamowicie wzmocnione i wyostrzone wszystkie zmysły. Twoja percepcja jest jak sucha gąbka, gotowa wsysać wszystko, co się tylko znajdzie w jej pobliżu. Pisze się wtedy ponoć piękne wiersze, wymyśla się niesłychanie rewolucyjne naukowe teorie, rzeźbi lub maluje prowokacyjnie i awangardowo, a także kupuje z wyjątkowym powodzeniem na giełdzie. To ostatnie mogę z pewnością potwierdzić. Poza tym Bach na „głodzie" jest… no, jaki jest…. Jest tak, jak gdyby grał go sam Mozart.
Taki stan osiąga się jednak dopiero wtedy, gdy przebrnie się „w cierpieniu" przez pierwsze 2 lub 3 dni. Te 2 lub 3 dni to nieustanna walka z głodem. Ja budzę się nawet z głodu w nocy. Ale przebrnęłam przez to wszystko i zaczynałam czuć dzisiaj rano rausz „nietrawienia". l na tym rauszu natrafiłam na Twoją stronę internetową. Nie mogło być lepszego momentu.
l wszystko inne stało się mało ważne.
W zasadzie to tak naprawdę nie przerwałam głodówki. W tym barze przecież nic nie jadłam. Tylko piłam. Głównie za wspomnienia. Nie pij nigdy – nawet jeśli to jest bloody mary tak dobra, jak serwują w „Clubie 54", i masz najpiękniejsze wspomnienia – w czwartym dniu głodówki. Zjedz coś przed tym.
