
Tak, w barach powstawały i rozpadały się całe kawałki cywilizacji.
Może właśnie dlatego ludzie chodzą do baru, zamiast kupić osiem razy taniej wino lub piwo w sklepie na rogu i wypić je przed telewizorem, siedząc na wygodnej kanapie, z kotem śpiącym spokojnie w nogach. Ale jeśli nawet pić przed telewizorem, to lepiej jednak pić to wino przed telewizorem w barze. Bo bary bardzo szybko się dostosowały i wstawiły telewizory na półki pod sufitami. Żeby było jak w domu.
Ludzie najchętniej pili przed telewizorem właśnie w barach. Osamotnieni tak ostatecznie, że wpatrując się niewidzącym wzrokiem w ekrany podwieszone nad szafami z kieliszkami lub kolorowymi butelkami, pili do reporterów meczów koszykówki, piłki nożnej lub rugby, albo do tych teatralnie podnieconych i wyszminkowanych na nienaturalną opaleniznę młodych analityków giełdowych z Wall Street. Podnosili jak w letargu kieliszki i pili, gdy wygrywała jakaś drużyna, której nazwy tak naprawdę nawet nie chcieli znać, lub pili do najnowszej wartości wskaźnika Dow-Jones na giełdzie w Nowym Jorku. Była im zupełnie obojętna, tyle że stanowiła bardzo dobry powód, aby nie pić samotnie w domu.
Czasami jednak lepiej – dla wszystkich – byłoby zostać w domu. Wiedział to od rozmowy z pewną barmanką ze wschodniej części Stanów Zjednoczonych.
Wysłali go z wykładem na kongres w Columbus, Ohio. Nikt z instytutu nie chciał jechać. Wszyscy byli tak zajęci przygotowaniami do Bożego Narodzenia, że kongres w Columbus, Ohio, tuż przed świętami wyglądał na karę za lenistwo lub pierwsze ostrzeżenie przed nadchodzącym zwolnieniem. “A pan przecież, chyba się nie mylę, nie czyni żadnych wielkich przygotowań, prawda?” – zapytał go szef któregoś ranka tak niby przypadkiem, przy automacie do kawy w kuchni.
