
Dziad na pewno już nie żyje. Mikael został całkiem sam.
Ciężkie to było uczucie, podobne bezkresnej przestrzeni wypełnionej smutkiem.
W korytarzu pojawił się idący szybkim krokiem jego opiekun, niemal przybrany ojciec, Gabriel Oxenstierna.
– Tu jesteś, Mikaelu. Chcę z tobą pomówić.
Mikael skinął głową.
– Dobrze, czy przejdziemy…
– Nie, tu jest doskonale. Mikaelu, znasz Anette de Saint-Colombe, prawda?
Mikaelowi stanęła przed oczami blada twarzyczka, okolona gładko zaczesanymi, czarnymi włosami, ciemne oczy ukryte pod ciężkimi powiekami… i wspomnienie ciągłych znaków krzyża. Zawsze zlękniona, kojarzyła mu się wyłącznie z konwencjonalną nudą.
– Tak?
Gabriel Oxenstierna zdecydował się zagrać na rycerskości Mikaela.
– Znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Jej rodzice nie żyją, a Jacob de la Gardie, który zajmował się nią tu, w Szwecji, także niedawno zmarł. Ma we Francji opiekuna, wstrętnego starego rozpustnika. Ten człowiek grozi teraz, że ożeni się z dziewczyną. Jasne jest, że ma chrapkę na jej pieniądze, a poza tym pragnie dziedziców.
– To nie wygląda najciekawiej.
– No właśnie… – Hrabia zawahał się przez moment. – A co ty myślisz o Anette?
– O Anette? Hm… – Mikael wzruszył ramionami. – Niewiele o niej myślałem. Jest trochę bezbarwna. Pruderyjna. Ale na pewno miła.
Nie zabrzmiało to szczególnie zachęcająco, uznał hrabia, ale postanowił chwycić byka za rogi.
– Mikaelu, wiesz chyba, że… że nie będzie łatwo znaleźć odpowiednią żonę dla ciebie. Czy mógłbyś wyobrazić sobie w tej roli Anette?
Zaskoczony Mikael uniósł swe łukowato wygięte brwi.
– Miałbym się żenić? Czy przynajmniej pięć lat nie za wcześnie, by o tym myśleć?
