
Po schodach wchodzili na górę jacyś mężczyźni. Mikael ich nie widział, ale słyszał wszystko, o czym mówili. I to, co do niego dotarło, sprawiło, że włos zjeżył mu się na głowie.
Były to ostateczne ustalenia dotyczące spisku przeciwko Karokiwi Gustawowi, kuzynowi królowej. Mikael, skamieniały z przerażenia, wsłuchiwał się w każde zdanie aż do bólu uszu. Nie potrafił rozpoznać głosów, zorientował się jednak po mowie mężczyzn, że muszą to być arystokraci. Uchwycił także to, co najważniejsze: czas i miejsce planowanej napaści na księcia.
Spiskowcy przystanęli, wymienili sekretne znaki i rozdzielili się.
Trzej mężczyźni. Mikael słyszał ich oddalające się kroki; jeden pospieszył do wnętrza zamku, dwaj pozostali skierowali się do głównego wyjścia.
Kto mógł przebywać teraz na zamku? Nic na ten temat nie wiedział. Przedstawiciele szlachty należący do dworu przybywali i odchodzili, czasami zostawali na dzień lub dwa, by wkrótce znów odjechać. Była tu oczywiście Anette i jej pokojówka, ale o tej porze na pewno już spały. Sam Mikael został na zamku, ponieważ wielki łowczy prosił, by dotrzymał towarzystwa Marce Christianie.
Kiedy wokół zapadła cisza, Mikael pospiesznie wykonał, co mu zlecono, i co sił w nogach pobiegł do swej przybranej matki.
„Przybrana matka”? To nie było najtrafniejsze określenie. Marka Christiana miała dopiero dwadzieścia siedem lat i zawsze była mu bardziej siostrą niż matką. Jej mąż miał trzydzieści dwa lata. Mikael nigdy więc nie traktował ich jak rodziców. Nikt jednak nie zająłby się nim lepiej niż uczyniła to ta para. Chłopak nie dopuszczał do siebie nawet myśli, by się im sprzeciwić, mimo że teraz dławiła go paląca rozpacz na wspomnienie planowanego małżeństwa z Anette de Saint-Colombe.
– Mój drogi! – zdziwiła się Marka Christiana. – Wyglądasz na niezmiernie wzburzonego. Co się stało?
Mikael złapał oddech i, jąkając się, szeptem opowiedział jej, co usłyszał.
