
Spłoszona jak dzikie zwierzątko, Anette wyciągnęła swą drobną rączkę i podała ją Mikaelowi. Zadrżała, czując niebezpieczne gorąco męskiej dłoni, ale opanowała się.
– Niech się dzieje wola boska – szepnęła.
Po niedostrzegalnym momencie wahania Mikael uścisnął jej dłoń. Pakt został zawarty i przypieczętowany.
Marka Christiana ucałowała oboje.
– Niech was Bóg błogosławi, dzieci! A teraz… Myślmy! Myślmy intensywnie! Musimy znaleźć jakieś wyjście.
Nastąpiło to szybciej, niż przypuszczali.
Tego samego wieczoru Mikael przemierzał puste korytarze i komnaty, udając się po butelkę wina dla Marki Christiany. Królowej i jej kuzyna Karola Gustawa oczekiwano w domu następnego dnia i cały dwór wyruszył im na spotkanie w okolice Brayiken. Służba zmęczona po dniu gorączkowych przygotowań odeszła już do swoich pokoi.
Zamek był prawie pusty.
Mikael szedł boso. Minął pustą, pełną strachów salę rycerską i dotarł na dół w okolice kuchni. Świeca już się wypaliła, ale on dobrze znał zamek, a poza tym przez niewielkie okienka sączyła się księżycowa poświata. Nagle przystanął. Dobiegły go jakieś niewyraźne głosy.
Ale skąd dochodziły? Z tego, co wiedział, w tej części zamku nie powinno być nikogo.
Stał na schodach wiodących z dziennych komnat do podziemi. Na dole znajdowało się kilka rzadko wykorzystywanych pokoi, przeznaczonych na okazje, gdy w zamku bawiło wielu gości i gdzieś trzeba było ich pomieścić. Nie były to szczególnie piękne komnaty, ot, takie, na wszelki wypadek.
Na dole otwarto jakieś drzwi i głosy stały się wyraźniejsze. Mikael bezszelestnie wślizgnął się do hallu i ukrył w kącie między szafą a uchylonymi drzwiami. Zrobił to odruchowo, sam nie wiedząc, dlaczego. Nie miał przecież nic do ukrycia. Ale może tamci mieli?
I tak właśnie było! Głosy brzmiały cicho, tajemniczo i złowieszczo.
