
Młody Branżowiec stał nieruchomo całkowicie pochłonięty wszystkim, co tu zobaczył, aż wreszcie wyrwało go z zamyślenia warkliwe:
— No, co jest?
Dan natychmiast odwrócił wzrok od niebieskiego horroru i spojrzał na człowieka siedzącego tuż pod klatką. Spod kapitańskiej czapki wystawały posiwiałe włosy. Ostre rysy twarzy uwydatniała blizna — być może po miotaczu. Oczy Kapitana były tak lodowate i władcze, jak oczy jego jeńca w klatce.
Dan odzyskał mowę.
— Asystent Szefa Ładowni, Thorson, melduje się na pokładzie, sir. — Ponownie podał swoją kartę. Kapitan Jellico chwycił ją pospiesznie.
— Pierwszy rejs?
I znowu Dan zmuszony był przytaknąć. O ile łatwiej byłoby móc odpowiedzieć: nie, dziesiąty…
W tym momencie niebieski stwór wydał z siebie przeraźliwy pisk, na co Kapitan zareagował uderzeniem w drzwi klatki z takim impetem, że jej mieszkaniec zamilkł, choć zapewne nie nauczył się dzięki temu dobrych manier. Kapitan natomiast wrzucił kartę Dana do rejestratora statku i nacisnął klawisz. Przybysz mógł się teraz odprężyć — został oficjalnie wpisany jako członek załogi i teraz nikt go już nie usunie z Królowej.
— Odrzut o osiemnastej — poinformował go Kapitan. — Znajdź sobie kajutę.
— Tak jest — zasalutował Dan i uznał, że może już opuścić to swoiste ZOO Kapitana Jallico.
Schodząc do sektora ładunkowego zastanawiał się, z jakiej tajemniczej planety pochodzi niebieski stwór i dlaczego Kapitan był w nim aż tak rozkochany, że zabierał go ze sobą w podróż. Z tego, co Dan zdążył zauważyć wynikało, że papugo-ropucha nie posiadała żadnych sympatycznych cech.
