
Dan, z torbą na ramieniu, przedostał się do windy, która wyniosła go na powierzchnię, w sam środek upalnego, letniego dnia w południowo-zachodniej części Ziemi. Przystanął na chwilę przy betonowym przedpolu hangaru, którym kończył się z tej strony pas startowy. Przyglądał się nierównej, zniszczonej nawierzchni przy rusztowaniach wokół statków, które szykowały się do lotu. Musnął wzrokiem przysadziste kształty międzyplanetarnych frachtowców: linie marsjańskie i asteroidalne oraz bure pojazdy kursujące do księżyców Saturna i Jowisza. To, o czym Dan marzył stało jednak dalej: lśniące burty statków gwiezdnych zostały świeżo spryskane, aby zapobiec otarciu pyłem światów, w które niebawem ruszą.
— Chwileczkę, czy to nie Wiking? Polujesz na swój barkas, Dan?
Jedynie ktoś, kto doskonale znał Dana, mógł poprawnie odczytać to niemal niedostrzegalne drgnięcie ust. Gdy odwrócił twarz w stronę mówiącego, zdołał się już opanować.
Artur Sands przybrał chełpliwą pozę człowieka, który odbył już co najmniej setkę rejsów. Kontrastowało to jednak osobliwie z wypolerowanymi butami i nienagannie wyprasowaną tuniką. Ale tak jak zawsze postać ta wywoływała w Danie tajoną złość. W dodatku Artur kroczył na czele swojej świty: Ricki Warrena i Hanlafa Bauta.
— Właśnie przyjechałeś, co, Wikingu? I nie spróbowałeś jeszcze swego szczęścia, prawda? My też nie. Chodźmy razem posłuchać wyroczni.
Dan zawahał się. Otrzymać przydział od Centrum w towarzystwie Artura Sandsa i jego orszaku, to ostatnia rzecz, na którą miał ochotę. Tupet Artura odbierał Danowi odwagę. Sands żądał od życia wszystkiego, co najlepsze, i zwykle to otrzymywał, o czym Dan zdążył się przekonać w Syndykacie.
On sam z kolei często miewał powody, by martwić się o przyszłość. A jeśli teraz też miał mieć pecha, to wolał, żeby stało się to bez żadnych świadków. Z drugiej jednak strony, nie było sposobu na pozbycie się Artura. Udawał, że sprawdza coś w swojej torbie i myślał.
