
Dotarli tu na pewno powietrznym liniowcem — żaden inny pojazd nie był dość dobry dla Artura. Dlaczego od razu nie poszli po przydział do Centrum? Dlaczego czekali tę godzinę? A może spędzili ten ostatni prawdziwie wolny czas na zwiedzaniu? Niemożliwe przecież, żeby i oni mieli wątpliwości, co do odpowiedzi maszyny… Chociaż… Dan poczuł, że lżej mu się zrobiło na sercu.
Tę iskierkę nadziei, że Artur może być potraktowany tak samo jak on, rozwiały słowa, które usłyszał dołączywszy do grupki. Sands jak zwykle rozwodził się na swój ulubiony temat.
— To że maszyna jest bezstronna, to bzdura! Karmią nas tymi bajkami w Syndykacie, a my i tak wiemy, jak jest naprawdę. Opowiadają, że człowiek powinien dostosować się do pracy zgodnie z temperamentem i umiejętnościami, że każdy statek musi mieć dobrze zintegrowaną załogę, ale to tylko księżycowe mrzonki! Jeśli Inter-Solar chce człowieka, to go dostaje, a żadna maszyna nie wciśnie go na pokład, jeżeli go tam nie chcą. To dobre dla facetów, którzy nie potrafią postawić na zwycięskiego konia i nie mają dość rozumu, żeby się rozejrzeć za porządnym przydziałem. Ja nie muszę się martwić, że ugrzęznę gdzieś w Strefie Końca, na jakimś marnym Niezależnym Frachtowcu.
Ricki i Hanlaf połykali każde słowo pewnego siebie kolegi, ale Dan chciał wierzyć w nieprzekupność Centrum. Był to jedyny pewnik w ciągu ostatnich tygodni, kiedy to Artur i jemu podobni chodzili z podniesioną głową, przekonani, że Centrum ułatwi im szybkie przejście do wyższych sfer Branży.
Wolał wierzyć, że oficjalne oświadczenia były zgodne z prawdą, że to właśnie maszyna, ten zbiór przekaźników i impulsów, na który w żaden sposób nie można było wpłynąć, decydowała o losie wszystkich starających się o przydział na statki międzygwiezdne. Chciał wierzyć, że kiedy wsunie w maszynę swój identyfikator, fakt, że był sierotą bez nazwiska i bez koneksji w Służbie, nie będzie miał znaczenia. Nie będzie miała znaczenia chudość jego pieniężnego pasa. Liczy się jedynie jego wiedza, temperament i możliwości.
