
Rozmyślania przerwał dźwięk gongu. Jedna płytka metalu wysunęła się z maszyny z nową linią na powierzchni. Artur rzucił się na nią i ogłosił radośnie swój triumf:
— Gwiezdny Posłaniec Inter-Solaru! Wiedziałem, że mnie nie zawiedziesz, stary!
Sands poklepał protekcjonalnie błyszczący blat Centrum.
— Nie mówiłem, że dla mnie znajdzie coś super?
Ricki potakiwał gorliwie, a Hanlaf posunął się nawet do tego, że klepnął Artura po plecach. Sands był magikiem, któremu zawsze dopisywało szczęście.
Następnie dwa uderzenia odezwały się niemalże jednocześnie i dwa identyfikatory brzęknęły na płycie. Ricki i Hanlaf zagarnęli je łapczywie. Na twarzy Rickiego pojawiło się rozczarowanie.
— Korporacja Mars — Ziemia, Hazardzista — przeczytał głośno. Dan zauważył, że ręka, którą wsuwał kartę do pasa, drżała. Nie dla Rickiego więc odległe gwiazdy i wielkie przygody. Czeka na niego mizerna posadka w przeładowanej Służbie Planetarnej, gdzie szansę na sławę i pieniądze były znikome.
— Statek Konsorcjum, Wojownik Deneb — Han-laf nie posiadał się z radości i zupełnie nie zwracał uwagi na przygnębienie Ricka.
— Daj łapę, przeciwniku! — Artur wyciągnął rękę szczerząc zęby. On również zignorował Rickiego, jakby jego niedawny bliski kumpel przestał nagle istnieć.
— Z wielką przyjemnością! — Dzięki szczęśliwej decyzji zagadkowej maszyny, Hanlaf stracił zupełnie swoją potulność. Był innym człowiekiem.
Konsorcjum znacznie urosło w siłę w ostatnich latach i stanowiło zagrożenie nawet dla Inter-Solaru. Udało im się przechwycić kontrakt z Federacją na usługi pocztowe i ciągle robili postępy. Mieli w tej chwili przynajmniej jedną koncesję na każdą z wewnątrzsystemowych tras, a niedawno głośno było o umowie, którą sprzątnęli sprzed nosa Inter-Solarowi. Artur i Hanlaf mogą się już nigdy nie spotkać na przyjacielskiej stopie, lecz teraz cieszyli się wspólnie szczęściem, które wyznaczyło im posady w liczących się Kompaniach.
