
Dan nadal czekał na odpowiedź Centrum. Czy możliwe, żeby jego identyfikator utknął gdzieś w środku maszyny? Czy powinien znaleźć kogoś, kto za to wszystko odpowiada i zapytać, co się stało? Pierwszy włożył swoją kartę, a teraz zaczynał się niepokoić. Artur również zauważył opóźnienie.
— Cóż to? Nie ma statku dla Wikinga? Może oni, bracie, nie mają takiego, który pasowałby do twoich niezwykłych umiejętności?
Czy to jest możliwe? — zastanawiał się Dan. Być może żaden statek w porcie nie potrzebuje tego rodzaju usług, które mógł zaoferować? Czy to znaczy, że musiałby zostać tutaj do czasu, aż taki statek się zjawi?
Artur czytał chyba w jego myślach. Uśmiechał się już nie triumfalnie, ale szyderczo.
— A co, nie mówiłem? — zaczął. — Wiking nie zna odpowiednich ludzi. To jak, przynosisz swoją torbę i czekasz, aż Centrum rozleci się i w końcu da ci odpowiedź?
Hanlaf zaczai się niecierpliwić. Ostatnie wydarzenie obudziło w nim całą pewność siebie i poczuł, że ma prawo do własnego zdania.
— Umieram z głodu — oznajmił. — Przełknijmy coś, a potem pójdziemy obejrzeć nasze statki. Artur pokręcił głową.
— Poczekaj jeszcze chwilę. Chcę zobaczyć, czy Wiking dostanie swój wymarzony barkas — o ile taki w ogóle jest w porcie…
Dan mógł teraz uczynić jedynie to, co zawsze robił w takiej sytuacji: udawać, że cała sprawa nie ma znaczenia, i że Artur ze swoją świtą nie mają nic szczególnego na myśli. Zastanawiał się jednak, czy maszyna pracowała, czy też jego karta zagubiła się gdzieś w jej tajemniczym wnętrzu… Gdyby nie Artur przyglądający mu się z irytującym zadowoleniem, poszedłby szukać pomocy.
Hanlaf zaczął powoli odchodzić, a Ricki był już przy drzwiach, jak gdyby ten niefortunny przydział usunął go na zawsze z szeregów tych, którzy coś znaczyli. Wreszcie gong zabrzmiał po raz czwarty. Dan rzucił się na swój identyfikator z szybkością, o którą nikt by go nie podejrzewał i tylko dzięki temu uprzedził wścibskie ręce Artura.
