
– Lepiej niech pan odpuka w niemalowane drzewo – powiedziałem.
W tym momencie Pan Samochodzik wdepnął hamulec. Przed nami na drodze siedział tygrys.
– O rany – powiedziałem.
– To nie lew – uspokoił mnie Szef. – To tygrysek.
Tygrysek był wielkości mniej więcej wilczura.
– "Z krwi, mgły i piasku" – zacytował Szef. – Ponieważ nie wierzę w teorie Lukrecjusza, ciekaw jestem skąd się to tu wzięło.
Zwierzak ruszył w naszą stronę.
– Złapać go, Szefie?
Zamyślił się.
– Dawno już nie miałem pieska – westchnął. – Ale nie mam ochoty hodować w domu tygrysa. Tak czy siak, lepiej, żeby nie siedział na szosie, ktoś mógłby go przejechać. Potrafisz go złapać? Tylko nie mów, że w Czerwonych Beretach polowaliście na wilki gołymi rękami…
Wyjąłem ze skrytki kanapkę i odpakowawszy z folii wysiadłem z wozu. Tygrys na mój widok ucieszył się wyraźnie i ruszył w moja stronę. Przykucnąłem i wyciągnąłem rękę przed siebie. Podszedł nieufnie i obwąchał moje drugie śniadanie.
– Jedz, to z kiełbasą – zachęciłem go.
Z bliska wydawał się jeszcze mniejszy. Był mniej więcej wielkości spaniela. Wziął kanapkę w zęby i dał się pogłaskać. Nie było sensu dłużej czekać. Złapałem go w pół i wsadziłem na tylne siedzenie samochodu. Usiadłem obok niego i Szef ruszył.
– Ma obrożę? – zaciekawił się.
– Nie. Pewnie oznakowany jest mikroprocesorem. Ciekawe skąd się urwał. Może drapnął z jakiegoś cyrku.
– Zobacz czy nie będzie miał wytatuowanego numeru za uchem, albo po wewnętrznej stronie uda – powiedział Szef.
– Niestety, nie ma – powiedziałem po pięciu minutach, coniebądź podrapany.
– Może przyjdzie nam uwierzyć Lukrecjuszowi – westchnął Szef. – No nie ważne. – O, kontrola radarowa.
Faktycznie na poboczu drogi stał radiowóz. Zjechaliśmy na pobocze. Jeden z policjantów podszedł do samochodu i zasalutował.
– Macie panowie jakiś kłopot? – zapytał uprzejmie.
