
Stary muzealnik przechadzał się wolno oglądając portrety i wreszcie podszedł do dziewcząt. Nieoczekiwanie zachwiał się na nogach i nerwowym ruchem poprawił okulary. Młodsza, blondynka z grubym warkoczem uniosła głowę z lekko kpiącym uśmiechem. W pierwszej chwili pomyślał, że to sportretowana przed czterema wiekami dziewczyna zstąpiła z obrazu na drewniany parkiet muzeum. Jej twarz była identyczna, jeśli pominąć cieniutkie metalowe oprawki okularów. Ubrana była wprawdzie inaczej, ale na wysmukłej szyi miała identyczny srebrny krzyżyk, wysadzany rubinami. Nawet jej uśmiech niczym się nie różnił.
– Jak pani stamtąd zeszła? – wykrztusił wreszcie sensowne, jak mu się wydawało, pytanie.
Uśmiechnęła się sympatycznie.
– A jakoś tak zeskoczyłam – powiedziała przechylając figlarnie głowę. – Patrzę, a tu dwudziesty wiek. Bardzo się zdziwiłam.
Przeciągała nieco końcówki wyrazów, jej wymowa była też odrobinę zbyt miękka. Czyżby pochodziła z Kresów? Jej towarzyszka także się uśmiechnęła. Mózg staruszka wykonał woltę. Przecież nikt nie może zejść z portretu. To pewnie przypadek…
– Podobieństwo jest zaiste uderzające – powiedział przychodząc wreszcie do siebie.
Uśmiechnęła się jeszcze raz.
– To rodzinne – powiedziała. – Czasami lubię sobie popatrzeć na moją daleką prababkę.
– Więc pani…
– Nawet nazywam się identycznie – jej głos miał bardzo miły tembr. – Dzieli nas wprawdzie różnica piętnastu pokoleń, ale sądzę, że poza cechami fenotypu odziedziczyłam też coś z jej charakteru.
– Uchowaj Boże – mruknął. – Ta młoda dama zaszlachtowała sztyletem własnego męża.
Jej błękitne oczy stały się na moment chłodne jak kawałki lodu.
– Czy przypadkiem nie dlatego, że przegrał ją w karty z wyjątkowo odrażającym typem, dostarczającym młode dziewczęta na dwór sułtański? Zresztą – wzruszyła ramionami. – Tamtego też dopadła i wykończyła w Kamieńcu Podolskim. Nie pomógł mu nawet list żelazny wystawiony przez polskiego króla. Z tego co wiem, wycięła mu przyrodzenie… Należało im się.
