
– Mogę go jeszcze raz kopnąć? – zapytała pierwsza zakładając kaptur.
– Przecież leżącego się nie kopie – zaprotestowałem.
Ciągle nie mogłem się podnieść.
– Zostaw. Po co bić, sam zdechnie – oświadczyła Stasia i obie oddaliły się z godnością.
Zastanawiałem się dłuższą chwilę, czy nie spróbować dyskretnie podążyć za nimi, ale zdecydowałem, że na razie mi wystarczy tych atrakcji. Powoli dźwignąłem się na czworaka. Cały przód kurtki zachlapany miałem krwią z rozbitego nosa. Przed oczyma ciągle latały mi kolorowe plamy.
– Stasia – mruknąłem.
Rozkaszlałem się i powoli wstałem. Nieoczekiwanie wśród zmierzwionych liści, które przed chwilą były widownią mojej klęski, spostrzegłem coś błyszczącego. Pochyliłem się, co spowodowało kolejny krwotok z nosa i podniosłem masywny srebrny krzyżyk wysadzany rubinami. Po chwili znalazłem rozerwany łańcuszek i ząb. Zbadałem palcem szczękę, ale jak się okazało miałem wszystkie. Po bliższych oględzinach do mojego zamroczonego mózgu dotarło, że
to świński kieł. Powoli, starając się nie nadwerężać potłuczonego kolana, pokuśtykałem w stronę hotelu.
Rozdział IV
Antykwariat pana Aarona * Znowu niema księga * Cadyk Salomon Storm * Kto szuka książek Sędziwoja? * Wieczorna wizyta *Gdy wszedłem do pokoju hotelowego, Szef gwizdnął z zaskoczenia.
– Rany boskie, kto cię tak załatwił? – zapytał.
Z torby wydobył zaraz buteleczkę wody utlenionej i jakieś inne medykamenty.
– Nie uwierzy pan, Szefie, jakie te krakowianki bestie – powiedziałem może niezbyt gramatycznie, ale sądzę, że stan w jakim się znajdowałem, usprawiedliwiał mnie.
– Krakowianki cię załatwiły? – zdumiał się. – Ile ich było, dziesięć?
– Dwie – wymamrotałem. – Ale biła jedna…
Ścierając krew z twarzy i piorąc kurtkę relacjonowałem Szefowi swoje dokonania.
– No ładnie – westchnął. – Spartoliłeś nam całą operację. Trzeba było pójść dyskretnie za nimi, a nie startować od razu z propozycjami rozmów.
