
książkami. Na ścianie wisiała lampa chanukowa, zupełnie poczerniała ze starości. Usiedliśmy na wyściełanych krzesłach ustawionych wokół starego stołu. Na blacie pysznił się wielki carski orzeł intarsjowany czarnym dębem. Gospodarz postawił świecznik pośrodku. Pstryknął pilotem i zapaliła się lampa pod sufitem. Zmrużyliśmy oczy.
– Chciał pan, Panie Tomaszu, dowiedzieć się, skąd można w Krakowie "Niemą Księgę" wytrzasnąć… – powiedział w zadumie. – To ja wam powiem. Miałem ją w rękach siedemdziesiąt lat temu i jak głupi wypuściłem… Za marny grosz sprzedałem, tylko po to, żeby był obrót. Nie ma handel, będzie bieda, jak mówi stare żydowskie przysłowie. Duży obrót, mały zysk. W tym przypadku popełniłem życiowy błąd. Gdybym poczekał parę lat, gdybym znalazł zagranicznego kupca. Gdybym wreszcie wiedział, co za skarb trafił mi w ręce… Ja byłem młody. Ja tego nawet się nie domyślałem. Ja potem wiele nocy przewracałem się z boku na bok i przeklinałem, jak tylko my Żydzi potrafimy. Kląłem swoją głupotę. Kląłem swoje nieuctwo… ale co się stanie raz, tego już się nie cofnie. Myślałem, że po wojnie, po wszystkich moich przeżyciach, ucichnie głos drwiący w mojej duszy z mojego błędu. Ale nie ucichł. Miałem ją w ręku i tylko raz przejrzałem. Ale brakło w niej kilku stron ze środka. Jedną udało mi się odzyskać kilka lat temu… Prawdopodobnie pochodzi z egzemplarza kopenhaskiego…
Wyjął z biurka album wypełniony pojedynczymi kartami, oprawionymi w celofanowe obwoluty.
– Tak to wygląda – położył przed nami stronicę książki. Na pożółkłym, zwijającym się przy rogach pergaminie, wyraźnie odznaczały się cienkie czarne kreski dużego, skomplikowanego rysunku. Przedstawiał człowieka idącego drogą i niosącego belę materiału. Nad nim zaznaczono schematycznie słońce i księżyc.
