
– Kto kupił tamten egzemplarz? – zaciekawił się pan Tomasz.
Stary antykwariusz uśmiechnął się.
– Wczoraj zadano mi już to pytanie, ale od drugiej strony – powiedział. – Przed wojną byłem w tym interesie, jak się to mówi: młody szczurek, ale przejąłem dokumentację po kilku antykwariatach, które z różnych przyczyn przestały istnieć. Mam spisy, co kupowano i sprzedawano w dziesięciu takich sklepikach od połowy ubiegłego wieku. Wiem o dziesiątkach i setkach ludzi. Wiem o tysiącach starodruków, które przeszły przez krakowski handel. Niektórzy
z tych klientów jeszcze żyją. Inni potracili swoje biblioteki w czasie wojny. Wiem, co gdzie trafiło. A wczoraj przyszła do mnie młoda dama z warkoczem i zapytała, jaka była zawartość biblioteki Salomona Storma.
– Kim był Salomon Storm? – zapytałem.
Aaron uśmiechnął się lekko, ale jego oczy pozostały poważne.
– Dla mnie był sprytnym klientem, któremu przez własną głupotę sprzedałem Niemą Księgę za setną część jej faktycznej wartości.
– Storm – mruknął Szef. – Gdzieś już słyszałem to nazwisko.
– Storm – staruszek uśmiechnął się wspominając widocznie swoje młode lata. – Przed wojną to był ktoś. Cadyk, kabalista, jeden z najwybitniejszych w Krakowie. Najwybitniejszy znawca "Sefer Jecirach" od czasów kabalistów szkoły reńskiej. Jego komentarze do tej księgi rzucają nowe światło na wiele zagadek i praw, którymi rządzi się matematyka sefiriotyczna…
– Po co mu było dzieło o alchemii? – zdziwiłem się.
Antykwariusz uniósł znad stołu głowę i popatrzył na mnie bystro.
– Być może chciał uzyskać złoto? – powiedział. – A może chciał ją wymienić na coś innego? Może gdzieś za granicą odnaleziono na przykład pergaminy wielkich znawców kabały i zaproponowano mu transakcję na sztych – towar za towar. Któż to może wiedzieć. Storm myślał inaczej niż zwykli ludzie. Był cadykiem bałszen-tow, cudotwórcą. Coś w tym musiało być, bo gdy kupiłem księgę wieczorem, rankiem przybył do mnie, aby ją kupić. I wiedział, przynajmniej z grubsza, po co przyszedł.
