
W piątek rano Lydie obudziła się zmęczona. Spała krótko i niespokojnie. Jonah Marriott pożyczył od jej ojca pięćdziesiąt tysięcy i nigdy ich nie oddał. Jonah Marriott, jej bożyszcze. A ona miała się z nim spotkać właśnie dzisiaj.
Zeszła na śniadanie, ale nie mogła nic przełknąć. Spojrzała na ojca. Wyglądał, jakby nie spał od kilku dni.
– Co zamierzasz dzisiaj robić? – spytał.
Tak bardzo chciała mu powiedzieć, że wie o wszystkim i by przestał przed nią udawać… Nie mogła jednak tego zrobić.
– Od wieków nie widziałam ciotki Alicji, więc postanowiłam ją odwiedzić.
– Przecież masz ją przywieźć na ślub. I tak się zobaczycie.
– Tak, ale wtedy nie będzie czasu na babskie plotki. – Uśmiechnęła się.
Była już przygotowana do wyjazdu. Miała na sobie granatową, elegancką garsonkę, ciemne włosy związała z tyłu, odsłaniając delikatne rysy twarzy. Zdawała sobie sprawę, że podróż do Londynu zabierze jej dużo więcej czasu niż niespełna czterdziestokilometrowa przejażdżka do domu ciotki w Penleigh Corbett i chciała wyruszyć jak najszybciej. Wiedziała, że może poczekać nawet cały dzień na spotkanie z Jonahem Marriottem.
Jednak w drodze do Londynu jej poranna determinacja znacznie osłabła. Lydie dobrą chwilę walczyła z sobą, by wejść do budynku Marriott Electronics. Wiedziała, że robi to dla ojca. Gdyby to od niej zależało, uciekłaby stąd jak najszybciej. Przypomniała sobie zrozpaczoną twarz taty i ruszyła w kierunku recepcji. Stało tam kilka osób. Recepcjonistka powiedziała do jakiegoś mężczyzny:
– Asystentka pana Maniotta za chwilę do pana podejdzie.
To wystarczyło. Lydie ruszyła w kierunku windy. Spojrzała do góry. Winda właśnie ruszała w dół z trzeciego piętra, bo tak wskazały wyświetlające się numerki. Po chwili wysiadła z niej elegancka kobieta w średnim wieku i podeszła do tamtego mężczyzny.
