
– Ja? – Lydie czuła zamęt w głowie.
– Ojciec zapłacił tyle pieniędzy za twoją edukację. I po co? Pieniądze wyrzucone w błoto. Teraz możesz mu się odwdzięczyć.
Wiedziała, że, bardzo rozczarowała matkę. I jeszcze ta praca w charakterze opiekunki. Spojrzała na nią z niedowierzaniem. Odwdzięczyć się? Nie prosiła, by ją wysyłano do bardzo drogiej i ekskluzywnej szkoły z internatem. To był pomysł matki.
– Dziadek zostawił mi kilka tysięcy funtów.
– Wiesz, że nie możesz tknąć tych pieniędzy do dwudziestych piątych urodzin. Zresztą potrzebujemy dużo więcej, jeśli nie chcemy skończyć jak żebracy wyrzuceni z Beamhurst Court.
Lydie nie wierzyła własnym uszom. Nie może być przecież aż tak źle. Beamhurst Court należało do rodziny Pearsonów od pokoleń. Nie wierzyła, że mogą stracić rodową siedzibę.
– Powiedziałam twojemu ojcu, że jeśli stracimy dom, odejdę – z ledwie tłumioną furią powiedziała Hilary.
– Mamo! – wykrzyknęła Lydie.
Wiedziała, że teraz bardziej niż kiedykolwiek ojciec potrzebuje wsparcia swojej żony. Już chciała coś powiedzieć, ale weszła pani Ross i postawiła tacę z herbatą. Kiedy matka nalewała herbatę do filiżanek, Lydie próbowała się uspokoić.
– Co się stało? Wszystko było w porządku, gdy byłam tu cztery miesiące temu.
– Już sześć miesięcy temu nic nie było w porządku.
– Ale ja nic nie widziałam!
– Twój ojciec nie chciał, żebyś cokolwiek zauważyła. Powiedział, że nie zamierza cię niepokoić i że coś wymyśli.
– I nie udało mu się…
– Firmy nie ma, a bank domaga się pieniędzy.
Lydie nie mogła zebrać myśli. Ze słów matki wynikało, że wszystko dookoła się waliło, a przecież zawsze mieli pieniądze. Czy to możliwe, że było aż tak źle, a ona o niczym nie wiedziała? Mogła zrozumieć ojca – był bardzo dumny, ale matka? Owszem, ona również była dumna, ale przecież…
