
Kierowca się popisuje, pomyślał MacEwan. Odblask słońca na kopule nie pozwalał dojrzeć Nidiańczyka aż do chwili, gdy pojazd znalazł się w cieniu terminalu. Dopiero wtedy okazało się, że mała postać leży bezwładnie na konsoli kierowniczej, ale było już za późno, by cokolwiek zrobić.
Pojazd uderzył w grubą prawie na stopę ścianę z przezroczystego laminatu. Ten nie pękł od razu, tylko się ugiął. Kopuła kierowcy okazała się mniej wytrzymała i błyskawicznie zmieniła się w zbryzganą krwią i kawałkami futra plątaninę poszarpanego metalu, porwanych kabli oraz plastikowych odłamków. Ułamek sekundy potem ściana ostatecznie się poddała.
Gdy kierowca stracił przytomność, system bezpieczeństwa musiał wyłączyć napęd i uruchomić hamulce, ale pojazd był na tyle duży i rozpędzony, że nawet z zablokowanymi kołami przebił się przez przezroczystą ścianę i gubiąc części karoserii, zmiótł równe rzędy siedzeń przeznaczonych dla najróżniejszych pasażerów. Rozrzucając wkoło szczątki mebli i wszystkich, którzy znaleźli się na jego drodze, dotarł prawie na środek sali, gdzie uderzył w jeden z podtrzymujących strop filarów. Ten wygiął się niebezpiecznie, ale wytrzymał. Budynek zadrżał w posadach. Posypały się panele z sufitu, a wraz z nimi pojawiły się tumany duszącego kurzu.
Obcy wokół MacEwana zaczęli się krztusić, wymachiwać kończynami i biegać na oślep w różnych kierunkach. Słychać było odgłosy przerażenia i bólu. Ziemianin zamrugał i ujrzał Grawlya-Ki na podłodze, tuż obok zniszczonego pojazdu. Orligianin jęczał. Obie wielkie, porośnięte futrem dłonie przyciskał do twarzy i trząsł się cały od kaszlu. MacEwan odsunął stopą jakieś śmieci i ruszył w kierunku przyjaciela, ale nagle oczy zaczęły go piec. Ledwie zdążył zakryć nos i usta. W powietrzu było pełno chloru!
