Zdołał osłabić upadek wolną ręką, ale za nic nie mógł rozplatać nią płacht elastycznego tworzywa, które oplatały mu nogi. Otworzył oczy, lecz zapiekło tak bardzo, że zaraz musiał je zamknąć. Tym bardziej nie mógł otworzyć ust, aby zawołać o pomoc. Huk pod czaszką stał się nie do zniesienia i MacEwan zaczął się zapadać w pełną zgiełku, tętniącą ciemność, pośród której coś ściskało mu klatkę piersiową niczym stalową obręczą…

Nagle poczuł, że istotnie coś obejmuje go wpół i unosi, a następnie potrząsa nim, by uwolnić jego rękę i nogi z pułapki. Ktoś ruszył z nim przez salę odlotów. W pewnej chwili dotknął nogami podłogi i otworzył oczy i usta.

Tutaj też unosiła się ostra woń chloru, ale można było oddychać. Grawlya-Ki stał kilka stóp dalej. Spojrzał na przyjaciela i wskazał z niepokojem na płynącą mu z nosa krew. Jedna z dwóch wielkich istot, które jeszcze przed chwilą tak pracowicie operowały rozpylaczami, odwinęła grubą i twardą niczym żelazo kończynę z tułowia MacEwana. Ziemianin był ciągle zbyt zajęty oddychaniem, aby cokolwiek powiedzieć.

— Przepraszam najserdeczniej, jeśli uraziłem cię albo przestraszyłem, doprowadzając do gwałtownego fizycznego kontaktu — zadudnił ratownik na tyle głośno, że jego słowa przebiły się przez pełen jęków i krzyków harmider. — Nie śmiałbym cię dotknąć, gdyby nie twój przyjaciel, który stwierdził, że grozi ci poważne niebezpieczeństwo. Jeśli jednak czujesz się urażony…

— W żadnym razie — wykrztusił MacEwan. — Wręcz przeciwnie. Ryzykując samemu, uratował mi pan życie. Chlor jest dla nas, tlenodysznych, śmiertelnie groźny. Dziękuję.

Coraz trudniej było mu mówić, gdyż chmura chloru ze skafandra martwego Illensańczyka rozpełzała się po sali. Grawlya-Ki zaczął się już nawet cofać. MacEwan chciał pójść w jego ślady, gdy wielka istota znowu się odezwała.



12 из 185