
Pierś Grawlya-Ki uniosła się niespodziewanie, aż jego sztywna sierść zaszeleściła, zaczepiwszy o stare rzemienie uprzęży bojowej, jednak Orligianin nie odezwał się ani słowem.
— Próbowaliśmy im tylko wytłumaczyć… — zaczął znużonym tonem MacEwan, lecz pułkownik mu przerwał:
— Wiem, co próbowaliście zrobić, ale skończyło się na zniszczeniu połowy studia, i to już podczas próby. To nie jest dobra metoda. Poza tym wiecie równie dobrze jak ja, że waszym zwolennikom chodziło bardziej o rozróbę niż o propagowanie jakichkolwiek idei. Dostarczyliście im pretekstu…
— Ta sztuka gloryfikowała wojnę — powiedział MacEwan.
Kontroler spojrzał kątem oka na solidograf, a potem z powrotem na obu gości.
— Przykro mi, ale musicie opuścić tę planetę — powiedział łagodniejszym tonem. — Nie mogę was do niczego zmusić, ale najlepiej by było, gdybyście wrócili na ojczyste światy i spędzili tam resztę życia w pokoju. Wasze rany mogły zostawić też psychiczne blizny, być może więc przydałaby się wam pomoc psychiatryczna. Ponadto uważam, że obaj zasłużyliście na trochę tego pokojowego życia, które z takim zaangażowaniem propagujecie.
Nie usłyszawszy odpowiedzi, pułkownik westchnął głęboko.
— Dokąd się teraz wybieracie?
— Na Tralthę — odparł MacEwan.
Kontroler nie krył zdziwienia.
— Przecież to gorący, mocno zindustrializowany świat o wysokim ciążeniu. Zamieszkują go masywne, sześcionogie istoty o posturze słoni. Cenią pracę, stabilizację i pokój. Od tysiąca lat nie było tam żadnej wojny. Stracicie tylko czas i ośmieszycie się, ale to już wasza sprawa.
— Na Tralcie trwa nieustannie wojna ekonomiczna — powiedział MacEwan. — A jeden rodzaj konfliktu nieuchronnie prowadzi do drugiego.
