Pułkownik nawet nie próbował skrywać swojej niechęci.

— Szukacie problemów tam, gdzie ich nie ma. Wiem, co mówię, bo troska o pokój jest naszym podstawowym zadaniem. Robimy swoje po cichu i dyskretnie, nie ustając w obserwacji zjawisk oraz istot, które mogą stwarzać kłopoty. Jeśli interweniujemy, to w minimalnym zakresie, zanim sprawy wymkną się spod kontroli. Myślę, że dobrze wywiązujemy się z naszych zadań. Ale Traltha nie stanowi zagrożenia. Nie przypuszczamy też, by w przewidywalnej przyszłości mogło się to zmienić — dodał z uśmiechem. — O wiele prawdopodobniejsza wydaje się kolejna wojna Orligii z Ziemią.

— Do tego nie dojdzie, pułkowniku — powiedział Grawlya-Ki. Jego słowa były tylko szmerem snującym się w tle beznamiętnych słów padających z autotranslatora. — Dawni wrogowie, którzy poznali się w walce, wyrastają na największych przyjaciół. Chociaż na pewno nie jest to najlepsza metoda pozyskiwania przyjaciół.

— Rozumiem, czym zajmuje się Korpus Kontroli — dodał MacEwan, nim pułkownik zdążył się odezwać. — W pełni aprobuję waszą działalność i nie jestem w tym osamotniony. Ostatnimi czasy jesteście coraz powszechniej akceptowani jako federacyjne ramię sprawiedliwości. Niemniej Korpus jest instytucją zmonopolizowaną przez jeden gatunek. Niemal wszyscy jego funkcjonariusze są Ziemianami. Przy tak wielkiej władzy oddanej w ręce jednego tylko gatunku…

— Zdajemy sobie sprawę z tego zagrożenia — przerwał mu pułkownik. — Nasi psychologowie od dawna nad tym pracują. Wszyscy funkcjonariusze są szkoleni w kontaktach interkulturowych z przedstawicielami innych gatunków. Dbamy także, aby dotyczyło to również załóg wszystkich statków działających w rejonach potencjalnych pierwszych kontaktów. Wszyscy wiedzą, jak wiele zepsuć może przypadkowy gest czy słowo, które przedstawiciele obcej rasy zinterpretują jako nieprzyjazne. Robimy co w naszej mocy, by nikogo nie urazić. Wiecie panowie o tym.



3 из 185