
Na dowód swoich słów z wysiłkiem podniosła walizkę.
– No i co? – spojrzała na niego triumfalnie.
Mężczyzna wydawał się nieporuszony.
– Przypomina to raczej walkę o życie – powiedział z ironią. – Osobiście wolałbym raczej zdążyć na samolot, niż cokolwiek udowadniać. Jeśli zamierza pani samodzielnie dotrzeć na czas do stanowiska odpraw i złapać samolot do Port Lincoln, radziłbym się pospieszyć.
– Właśnie to robię – odparła chłodno. Ujęła rączkę walizki, która wcale nie chciała toczyć się za nią jak posłuszny piesek. – Zechce pan wybaczyć – dodała z wyszukaną uprzejmością.
Wytworne maniery w zestawieniu z drobną figurką w wymiętym kostiumie najwyraźniej go rozbawiły.
– Oczywiście – rzekł równie uprzejmie.
Boleśnie świadoma swej śmieszności, ruszyła w stronę stanowiska odpraw, lecz pełen godności odwrót zamienił się w klęskę, bo po paru krokach walizka znów się przewróciła.
Nie licujące z damą słówko wymknęło się jej z ust, gdy szamotała się z bagażem. Wiedziała, że nieznajomy ją obserwuje. Policzki płonęły jej ze wstydu. Miała niejasne przeczucie, że to jego wina.
Zanim dotarła do odpowiedniego stanowiska, powtórzyło się to jeszcze dwukrotnie i w związku z tym oczywiście nie zdążyła. Młody urzędnik był pełen współczucia, lecz nieugięty. Samolot odleciał i aż do jutra nie będzie żadnego połączenia z Port Lincoln.
Phyllida wiedziała, że i tak było za późno. Miała jednak nadzieję, że i ten lot będzie opóźniony, podobnie jak wszystkie w drodze z Londynu. Świadomość, że zabrakło jej paru minut pogarszała jedynie sytuację.
Zrezygnowana oparła się o stanowisko odpraw. Zaczęła żałować, że w ogóle zdecydowała się na podróż do Australii. Pospieszny wyjazd, opóźnienia i stracone połączenie, niewygodne fotele, podłe jedzenie i wrzeszczący dwuletni smarkacz w samolocie… Znosiła to z zaciśniętymi zębami, wmawiając sobie, że wszystko odbije sobie po przybyciu do Port Lincoln.
