– Czy istnieje jakaś możliwość, żebym dotarła do Port Lincoln jeszcze dzisiaj? – spytała ze łzami w oczach.

Niewielu mężczyzn potrafiło oprzeć się spojrzeniu wielkich, piwnych oczu.

– Naprawdę mi przykro… – zaczął. – Chociaż… – Popatrzył gdzieś ponad jej ramieniem. – Może się pani jednak poszczęści! – rozpromienił się. – Jest tu Jake Tregowan. Ma własny samolot i chyba wybiera się do Port Lincoln. Z pewnością panią weźmie, jeśli go pani poprosi. Jake! – Pomachał ręką. – Pozwól tu na chwilę.

Phyllida nie musiała się odwracać, by zgadnąć, kto jest Jakiem Tregowanem.

Oczywiście. To był on. Zbliżył się umyślnie niespiesznym krokiem z błyskiem ironii w oku.

Serce jej zamarło. Czemu musiał to być właśnie on, jedyny człowiek, którego o nic by nie poprosiła? Z rozpaczą przypomniała sobie, jak drwiąco pomagał jej w zmaganiach z walizką, podkreślając, że bez męskiej pomocy nigdzie nie zdoła dotrzeć.

Jake przywitał się wylewnie z młodym człowiekiem. Widocznie mnóstwo czasu spędzał na lotnisku, bo ze wszystkimi był na ty. Chociaż stał o kilka kroków od niej, wyczuwała siłę w jego ciele.

Zadrżała, gdy spojrzał na nią, pytająco unosząc brew.

– Samolot tej damy z Londynu miał opóźnienie i nie zdążyła na przesiadkę – wyjaśnił młodzieniec. – Bardzo pragnie dotrzeć jeszcze dzisiaj do Port Lincoln. Czy wracasz tam teraz?

– Tak – odparł Jake, rozmyślnie nie proponując, że ją zabierze.

Phyllida zagryzła wargi. Nie mogła mieć o to pretensji, zwłaszcza po tym, co wygadywała. Ogarnęło ją zmęczenie. Wcale się nie rwała, by schować dumę do kieszeni i prosić go o przysługę. Nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Tak naprawdę, to najchętniej usiadłaby i rozpłakała się. Nie mogła tego zrobić, bo przyglądał się jej z kpiącym wyrazem twarzy.



5 из 120