
— Tato! Konie nie mają się o co zaprzeć! — krzyknął Vigor. — Potykają się tylko i w końcu któryś złamie nogę!
— Nie wydostaniemy się bez koni!
— Konie to już coś. Jeśli je tu zostawimy, stracimy i konie, i wóz.
— Mama nie chce zejść z wozu!
Dostrzegł zrozumienie we wzroku syna. Rzeczy w wozie nie były warte, by ryzykować dla nich życiem. Mama tak.
— Mimo wszystko — nie ustępował chłopak. — Na brzegu konie pociągną mocniej. Tu, w wodzie, nic nie pomogą.
— Niech chłopcy je wyprzęgną. Ale najpierw przywiąż linę do drzewa, żeby przytrzymać wóz.
Nie minęły nawet dwie minuty, a już Wastenot i Wantnot byli na brzegu i mocowali linę do tęgiego pnia. David i Measure wiązali drugą do końskiej uprzęży, a Calm odcinał rzemienie, łączące zaprzęg z wozem. Dobre chłopaki; robili dokładnie to co trzeba. Vigor wydawał rozkazy, gdy Alvin mógł tylko patrzeć, stojąc bezradnie z tyłu. Pilnował Faith, która starała się nie rodzić, nie na rzece, próbującej porwać ich wszystkich do piekła.
Nieduża rzeczka, zapewniał Vigor, ale potem nadpłynęły chmury, lunął deszcz i Hatrack stała się sporą rzeką. Nawet wtedy jednak wydawała się łatwa do przejścia. Konie ciągnęły mocno i Alvin właśnie powiedział do Calma, który trzymał lejce: „Dojechaliśmy w ostatniej chwili”, kiedy to woda oszalała. Prąd niósł dwa razy silniej, spieniły się fale. Konie wpadły w panikę, straciły orientację i zaczęły szarpać w różne strony. Chłopcy skoczyli, żeby doprowadzić je do brzegu, ale wóz stracił już rozpęd, a koła zapadły się w muł i utknęły. Tak, jakby rzeka wiedziała, że nadjeżdżają i zachowała całą wściekłość na moment, gdy znajdą się w samym środku i nie będą mogli uciec.
