
— Tata chciał mnie zabić — oświadczyła mała Peggy.
— Jeśli możesz chodzić, to chyba nie było tak źle.
— Nie bardzo mogę.
— To prawda — przyznał dziadunio. — Niewiele brakowało, żebyś została kaleką na całe życie. Ale wiesz co? Widzę przecież, że twoja mama i tato wściekają się głównie na siebie. Dlaczego po prostu nie znikniesz na parę godzin?
— Chciałabym zmienić się w ptaka i odfrunąć.
— Prawie tak samo dobrze jest mieć jakieś tajne miejsce, gdzie nikt nie będzie cię szukał. Masz takie miejsce? Nie, nie mów mi. Wszystko na nic, jeśli powiesz o nim choć jednej osobie. Po prostu idź tam. Jeśli tylko jest bezpieczne, nie gdzieś daleko w lesie, gdzie jakiś Czerwony mógłby zabrać twoje śliczne włosy, i nie za wysoko, bo mogłabyś spaść, i nie za ciasno, bo mogłabyś utknąć.
— Jest duże, nisko i nie w lesie — zapewniła mała Peggy.
— Więc idź tam, Maggie.
Mała Peggy skrzywiła się, jak zwykle, gdy dziadunio tak na nią mówił. Podniosła Bugy'ego i Bugy'ego piskliwym głosikiem zawołała:
— Ona ma na imię Peggy.
— Idź tam, Piggy, jeśli tak wolisz…
Mała Peggy uderzyła Bugym w kolano dziadunia.
— Kiedyś Bugy zrobi to o jeden raz za dużo, przerwie się i umrze — oświadczył dziadunio.
Ale Bugy skakał mu tuż przed twarzą i krzyczał:
— Nie Piggy, ale Peggy!
— Dokładnie tak, Puggy. Schowaj się w tym tajnym miejscu, a jeśli ktoś powie: musimy znaleźć tę dziewczynkę, odpowiem: wiem, gdzie ona jest; wróci, kiedy będzie gotowa.
Mała Peggy ruszyła do drzwi, ale zatrzymała się jeszcze i obejrzała.
— Dziaduniu, jesteś najmilszym dorosłym na świecie.
— Twój tatuś jest całkiem przeciwnego zdania, a to z powodu całkiem innej leszczynowej witki, którą za często brałem w ręce. Uciekaj już.
