
Zatrzymała się na ceglanym chodniku i spojrzała w górę na linię dachu, prezentującą styl epoki Tudorów. Imitacja angielskiego dworu. To nie był dom ani nawet sąsiedztwo, na które mógłby sobie pozwolić uczciwy policjant.
– Cacko, prawda? – zawołał z tyłu Ridge.
– Z czego ten facet żyje?
– Słyszałem, że to był jakiś chirurg.
– Chirurg?
To słowo miało dla niej szczególne znaczenie. Jego dźwięk działał na nią zawsze jak przebicie lodowatą igłą. Mimo upału teraz również wstrząsnął nią dreszcz.
Spojrzawszy na frontowe drzwi, zauważyła, że gałka była pokryta proszkiem do wykrywania odcisków palców. Wzięła głęboki oddech, naciągnęła na dłonie lateksowe rękawiczki, a potem włożyła papierowe ochraniacze na buty.
Wszedłszy do domu, zwróciła uwagę na wypolerowaną, dębową posadzkę i klatkę schodową, wspinającą się na jakąś niebotyczną wysokość. Witrażowe okno malowało wnętrze rombami kolorowego światła. Usłyszała szelest papierowych ochraniaczy i do holu wtoczył się mężczyzna o posturze niedźwiedzia.
Miał na sobie formalny strój urzędnika biurowego i starannie zawiązany krawat, ale całość psuły dwie ogromne plamy potu na koszuli w okolicy pach. Podwinięte rękawy odsłaniały muskularne ramiona, porośnięte czarnymi włosami.
– Detektyw Rizzoli? – zapytał.
– We własnej osobie.
Otworzył ramiona, idąc naprzeciw niej, po czym przypomniał sobie, że ma na dłoniach rękawiczki, więc opuścił ręce.
– Jestem Vince Korsak.
Przepraszam, że nie mogłem więcej powiedzieć przez telefon, lecz w dzisiejszych czasach każdy ma skaner. Jedna reporterka zdołała już się wedrzeć. Straszna jędza.
– Już mi doniesiono.
– Pewnie się zastanawiasz, po co tu przyjechałaś.
