
Rizzoli popatrzyła na niebo.
Wyobraziła sobie człowieka spadającego z wysokości tysiąca stóp. Usłyszała świst powietrza w jego uszach, zrazu zimnego, a potem coraz cieplejszego, w miarę zbliżającej się w tempie ekspresu ziemi.
Spojrzała na przykryte płachtą szczątki mężczyzny, któremu zamarzył się nowy świat, lepsza przyszłość. Witaj w Ameryce.
Policjant pilnujący wejścia do domu w Newton był nowicjuszem, więc nie znał Jane Rizzoli.
Nie pozwolił jej wejść poza obręb policyjnej taśmy, zwracając się do niej ostrym tonem, współgrającym z jego nowym mundurem.
Identyfikator informował, że nazywa się Ridge.
– To jest miejsce zbrodni, proszę pani.
– Nazywam się Rizzoli. Jestem detektywem bostońskiej policji.
– Przyjechałam zobaczyć się z detektywem Korsakiem.
– Proszę pokazać odznakę.
Nie spodziewała się takiego żądania, więc musiała pogrzebać w torebce, żeby ją znaleźć.
W Bostonie znał ją prawie każdy policjant.
Okazało się, że wystarczy wyjechać niedaleko poza swój teren, na przedmieście nadzianych mieszkańców, żeby musieć okazać odznakę.
Podsunęła mu ją pod nos.
Spojrzał i zaczerwienił się.
– Bardzo mi przykro, proszę pani.
To przez tę wścibską reporterkę, która tak się mądrzyła, że pozwoliłem jej przejść przed paroma minutami. Nie chciałem, żeby to się powtórzyło.
– Jest tam Korsak?
– Tak, proszę pani.
Popatrzyła na rozmaitość marek samochodów zaparkowanych na ulicy. Wśród nich stał biały van z napisem na bocznej ścianie: „Stan Massachusetts. Biuro Koronera”.
– Ile ofiar? – spytała.
– Jedna.
Za chwilę ją zabiorą.
Policjant podniósł taśmę przed detektyw Rizzoli, żeby ją wpuścić do frontowego ogrodu. Ptaki ćwierkały, w powietrzu unosił się słodki zapach świeżej trawy. Nie jesteś już w południowym Bostonie, pomyślała. Architektura zieleni była doskonała: trawnik z jasnozielonego astroturfu, otoczony idealnie przystrzyżonym, bukszpanowym żywopłotem.
