Była jedyną kobietą w wydziale zabójstw bostońskiej policji i wiedziała, że jest pod bezustannym obstrzałem bezlitosnych spojrzeń.

Każdy błąd, jak i każdy triumf, był zauważany przez wszystkich. Jej partner Barry Frost przed chwilą publicznie zwymiotował śniadanie. Siedział teraz z głową na kolanach w ich klimatyzowanym wozie, czując się poniżony, i czekał, aż żołądek mu się uspokoi.

Jane nie mogła sobie pozwolić na mdłości.

Była w tym miejscu najbardziej eksponowanym stróżem porządku publicznego. Stojący za policyjną taśmą tłum widzów notował każdy jej ruch, każdy szczegół działania. Od dawna zdawała sobie sprawę, że choć ma trzydzieści cztery lata, wygląda młodziej, więc podświadomie starała się przyswoić sobie atrybuty ważności. Mocne ramiona i umiejętność patrzenia prosto w oczy kompensowały w pewnym stopniu niski wzrost, a wrodzona aktywność pozwalała jej dominować w każdym miejscu operacji policyjnej.

Upał osłabiał determinację.

Przybyła na miejsce ubrana w spodnie i marynarkę, schludnie uczesana, teraz była bez marynarki, w pogniecionej bluzce, a jej ciemne włosy sklejone potem zwisały w niechlujnych lokach. Czuła się osaczona ze wszystkich stron panującym smrodem, muchami i prażącym słońcem. Musiała się skupić na mnóstwie szczegółów, a tymczasem oczy widzów, śledzące każdy jej ruch, nie ułatwiały zadania.

Czyjeś podniesione głosy zwróciły jej uwagę. Mężczyzna w koszuli i w krawacie szarpał się z policjantem, chcąc przejść.

– Słuchaj, muszę się dostać na konferencję handlową. Spóźniłem się już o godzinę. Rozciągnąłeś tę cholerną taśmę wokół mojego samochodu, a teraz mi mówisz, że nie mogę odjechać? Moim własnym pieprzonym samochodem?

– To jest miejsce zbrodni, proszę pana.

– To był wypadek!

– Jeszcze tego nie ustaliliśmy.

– Czy potrzeba wam całego dnia, żeby to stwierdzić? Czemu nikomu nie wierzycie? Wszyscy w sąsiedztwie słyszeli, jak to się stało.



4 из 308