
Rizzoli podeszła do mężczyzny, którego twarz błyszczała od potu. Było pół do dwunastej. Słońce, prawie w zenicie, przypominało rozżarzone do białości oko.
– Co dokładnie pan usłyszał, proszę pana? – spytała.
Mężczyzna chrząknął.
– To samo, co wszyscy.
– Głośny huk?
– Tak.
Mniej więcej o pół do ósmej. Właśnie wyszedłem spod prysznica. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem go, leżącego na chodniku. Tu jest niebezpieczny zakręt. Wariaci za kierownicą wylatują zza niego jak nietoperze z piekła. Musiała go potrącić ciężarówka.
– Zauważył pan jakąś ciężarówkę?
– Nie.
– Słyszał pan, że przejeżdżała?
– Nie.
– I nie widział pan żadnego samochodu?
– Wszystko jedno, co to było, ciężarówka czy jakiś inny samochód.
– Wzruszył ramionami.
– Potrącił faceta i uciekł.
Wersja była zgodna z relacją kilkorga sąsiadów mężczyzny.
Między kwadrans po siódmej a pół do ósmej usłyszeli głuchy łoskot na ulicy. Nikt nie widział zdarzenia. Usłyszeli tylko huk, a potem znaleźli ciało.
Rizzoli rozważyła już i odrzuciła założenie, że mężczyzna wyskoczył z okna. Budynki w sąsiedztwie były najwyżej dwupiętrowe, żaden z nich wystarczająco wysoki, żeby dało się wytłumaczyć tak katastrofalne uszkodzenia ciała denata. Nie było również śladów wybuchu, jako ewentualnej przyczyny tak znacznej dezintegracji zwłok.
– Mogę już zabrać mój samochód? – zapytał mężczyzna.
– To tamten zielony ford.
– Ten z resztkami mózgu na bagażniku?
– Tak.
– A jak pan sądzi? – warknęła i poszła do lekarza sądowego, który siedział w kucki na środku ulicy, badając asfalt.
– Okoliczni mieszkańcy to cymbały – powiedziała.
– Nikt nie okazał współczucia dla ofiary. Nikt również jej nie zna.
Doktor Ashford Tierney nie odwrócił wzroku od jezdni. Skóra jego czaszki, porośnięta rzadkimi kosmykami siwych włosów, lśniła od potu. Wydawał się starszy i bardziej znużony niż zwykle. Podniósł ku niej dłoń w niemej prośbie o pomoc, próbując się dźwignąć. Podała mu rękę, wyczuwając w tym uścisku skrzypienie starych kości i zwyrodniałych stawów.
