
Christer wybuchnął śmiechem. Dziewczynka miała poczucie humoru! Była… była cudowna! Mały, zgrabny nosek, dołeczki w policzkach, promienne oczy. Ach, jakże ją kochał!
– Ile… ile masz lat? – spytała zawstydzona.
– Ja? Zaraz policzymy! Urodziłem się w tysiąc osiemset osiemnastym, łatwo to zapamiętać. A teraz mamy rok tysiąc osiemset trzydziesty trzeci… Piętnaście, nie chce być inaczej.
Świetnie o tym wiedział, ale pragnął jak najdłużej pławić się w jej podziwie. Wydawało mu się, że dziewczynce bardzo imponuje jego dorosłość.
– Gdzie mieszkasz? Tak naprawdę, nie tu, w uzdrowisku.
Skrzywiła się.
– Mieszkamy w ogromnym domu niedaleko Sztokholmu. Dom jest przeraźliwie wielki i wspaniały. Stoi w parku tak rozległym, że można w nim zabłądzić. Ale otacza go wysokie ogrodzenie i przez to czuję się tak, jakbym mieszkała w klatce.
A więc jest bogata. Christer westchnął w głębi duszy. Jego rodzicom daleko było do zamożności…
Przerwała mu smętne rozmyślania.
– A ty gdzie mieszkasz, Christerze?
Wypowiedziała jego imię! Odrobinę sepleniąc, swoim jasnym, czystym głosem wymówiła jego imię! Czuł, że jeszcze chwila, a umrze ze szczęścia.
Nonszalancko machnął dłonią.
– O, ja… mieszkam w Wexio. Ale teraz, w tych dniach, właśnie się stamtąd wyprowadzamy. Zresztą przenosimy się w okolice Sztokholmu.
– Naprawdę? – rozjaśniła się dziewczynka. – Kim jest twój ojciec? Wydał mi się bardzo miły.
Christer zwalczył pokusę, by uczynić ojca bogatszym, niż był w rzeczywistości.
– Tak, to najlepszy ojciec na świecie. Zajmuje się wyrabianiem instrumentów muzycznych. Jest bardzo zdolny.
– A twoja matka? Czy i ona jest równie miła?
– Mama? O, tak! – Roześmiał się. – Jest całkiem szalona. Ona dopiero umie czarować! Okropnie mnie rozpieszcza, a ja ją wprost ubóstwiam!
W tym momencie uświadomił sobie, że głos Magdaleny brzmi jakoś dziwnie smutno. Potwierdziły to zaraz jej słowa:
