
Christer uznał, że nigdy jeszcze nie widział tak ślicznych, zgrabnych stóp w wysokich, zapinanych na guziki trzewiczkach. Ujął ją za rękę.
– Czego się boisz?
Jak gorąca i mocna była jego dłoń!
– Nie wiem. Boję się swoich snów.
– Takie są okropne?
– Tak. Ale nigdy ich nie pamiętam. Mam wrażenie, jakby… jakby próbowały się przede mną chować.
Christer zrobił mądrą minę.
– Doskonale to rozumiem. Myślę, że wcale nie snów się boisz, tylko czegoś innego. Sądzę, że w twoim życiu jest jakaś mroczna plama.
Sam tego nie wymyślił. Słyszał, jak kiedyś Heike mówił coś podobnego, ale brzmiało to tak tajemniczo, że postanowił przyjąć tę teorię za własną.
Jego słowa bardzo wzburzyły dziewczynkę.
– Nie mów tak. Przez to boję się jeszcze bardziej.
– Czy to znaczy, że w twoim życiu naprawdę jest jakaś mroczna plama?
– Skąd mogę to wiedzieć! – zawołała zrozpaczona. – Ach, jak bardzo chciałabym umrzeć!
– O, nie! – jęknął Christer. – Tak nie wolno ci mówić! Jesteś najładniejszą osobą, jaką widziałem!
Odetchnęła głęboko, jego słowa sprawiały jej tyle radości.
– Nie, doszłam do wniosku, że mimo wszystko wcale nie chcę umierać – powiedziała zamyślona. – Stwierdziłam to już podczas podróży tutaj – ciągnęła Magdalena, odbierając Christerowi radosną satysfakcję, która ogarnęła go na myśl, że to jego ingerencja tak radykalnie zmieniła nastawienie dziewczynki do życia.
– Ach, tak? – odezwał się, nagle jakby przygaszony.
– Tak, kiedy jechaliśmy, urwało się koło i powóz zatrzymał się tuż nad przepaścią. Wczepiłam się wtedy mocno w oparcie, bo zrozumiałam, że jednak mimo wszystko chcę przeżyć. Wypadek skończył się tragicznie, gdyż kosz wuja Juliusa, po brzegi wypełniony jedzeniem, potoczył się w przepaść. Na szczęście okazała się wcale nie na tyle głęboka, by stangret nie mógł spuścić się w dół i pozbierać serów i kiełbas, rozsypanych po całym zboczu.
