
Stryj Julius już ją jednak zobaczył, oderwał dłoń od srebrnej gałki laski i zamachał, dając znać, by się zbliżyła.
– Oto, droga pani majorowo, nasza mała Magdalena.
Dziewczynka ukłoniła się pięknej, ale surowej damie.
– Kochane dziecko – zaczęła majorowa, a słodycz w jej głosie była gęsta jak syrop. – Jak to miło ze strony twego stryja, że zabrał cię tutaj, do wód Ramlosa! Musi to być dla ciebie wielka radość, wprost bajkowe przeżycie!
Magdalena nie mogła dopatrzyć się niczego bajkowego w prowadzaniu wuja Juliusa po wysypanych żwirem alejkach i wysłuchiwaniu stękania i innych naturalnych odgłosów, jakie z siebie wydawał, kiedy zjadł zbyt dużo. W kurorcie nie było dzieci, z którymi mogłaby się bawić, oprócz jednego okropnego sześciolatka, który chyłkiem skradał się za nią i ciągnął ją za długie, ciemne włosy albo próbował opryskać błotem jej śnieżnobiałe pantalony.
W uzdrowisku Ramlosa przebywali na ogół starsi ludzie, cierpiący na prawdziwe lub też urojone dolegliwości. Rozmowy przy obiedzie krążyły zwykle wokół wzdęć żołądka, łamliwości stawów i cudownych ozdrowień suchotników. Panie w ciasno zasznurowanych gorsetach mdlały przy stole – nie mogły wszak w nich bezkarnie napychać swych brzuchów, panowie zaś dopuszczali się przestępstw, ukradkiem wychylając szklaneczkę ponczu, czego nie wolno im było robić pod żadnym pozorem. Magdalenie nie pozwalano się odzywać, mogła rozmawiać jedynie z doktorem, którego nie lubiła, dlatego miała wrażenie, że ktoś coraz mocniej zaciska na niej niewidzialny pancerz. Nie potrafiła napawać się pięknym otoczeniem ani też docenić elegancji uzdrowiska. Trawił ją smutek i przygnębienie.
Ale właściwie w domu także czuła się ostatnio podobnie. Od czasu… Tak, od kiedy? Nie mogła jeść, bała się zasnąć…
– Ach, zapomniałam o parasolce! Zostawiłam ją na werandzie! – wykrzyknęła majorowa.
– Magdalena zaraz ją przyniesie – oświadczył krótko stryj Julius.
