Dziewczynka i tak już wstała, wiedziała bowiem, że za moment usłyszy polecenie, choć właściwie było ono zbędne, bo stryj już dawno wpoił w nią zasady dobrego wychowania.

Dom z białą werandą był naprawdę prześliczny. Pomalowany na żółto, w odcieniu takim jak mają kurczęta, otoczony krzewami bzu, z których zwieszały się ciężkie, niebieskoliliowe kiście kwiatów, doskonale harmonizujące z barwą ścian. Wszystko tutaj było takie piękne! I tak przeraźliwie nudne!

Kiedy już schodziła w dół po stopniach werandy, trzymając w dłoni różową parasolkę, rozległo się nagle rozpaczliwe wołanie o pomoc.

Zza rogu, kierując się w stronę schodów, wyłonił się osobliwy ekwipaż.

Na wózku inwalidzkim siedział starszy mężczyzna. Kurczowo trzymał się poręczy i wydawał krótkie, urywane okrzyki, szeroko otwierając bezzębne usta. Wózek popychał, wprawiając go przy tym w nieprawdopodobny pęd, chłopiec mniej więcej w wieku Magdaleny. Z wesołej twarzy chłopca wprost biła radość wywołana osiągnięciem takiej prędkości. Pojazd ostro skręcił i zahamował gwałtownie tuż przy schodach. Staruszkiem szarpnęło do przodu, pochylił się pod niepokojącym kątem, ale chłopiec natychmiast go podtrzymał i bez trudu ustawił w pionie. Starzec był do tego stopnia wstrząśnięty, że mógł wydobyć z siebie zaledwie kilka niezrozumiałych dźwięków, które miały oznaczać oburzenie.

– Nie ma za co dziękować – promiennie jak słońce uśmiechnął się chłopiec. – Ale gotów jestem się założyć, że nigdy tak prędko nie jechałeś!

Z głębi domu wybiegł doktor i natychmiast zajął się staruszkiem, nie przestając czynić wyrzutów chłopcu. Pucoławate pielęgniarki w wykrochmalonych fartuchach pospieszyły z pomocą, przekrzykując się nawzajem i czyniąc znak krzyża.

Magdalena zatrzymała się na najniższym stopniu i nie spuszczała wzroku z chłopca. Miał jasne, zwichrzone, nieposłuszne włosy i najżywsze oczy, jakie zdarzyło się jej kiedykolwiek widzieć.



3 из 194